BKS Roztocze - strona oficjalna

Strona klubowa

Logowanie

Kontakty

Administrator
zostaw wiadomość
Tomasz Pakuła
status Gadu-Gadu

Losowa galeria

Budowa 4Fiter Areny 14.07.2011
Ładowanie...

Wspierają nas:

Pogoda


Aby widget pogoda funkcjonował poprawnie, należy wypełnić dane w panelu administracyjnym.

Najlepsi typerzy

Zaloguj się, aby typować.
Lp. Osoba Pkt.

Ostrzeżenie

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. My, jako administratorzy strony, nie ponosimy odpowiedzialności za treść opinii komentujących. Masz prawo komentować, wyrażać swoją opinię oraz dyskutować i nie zgadzać się z czyjąś opinią. Nie masz natomiast prawa używać wulgaryzmów oraz obrażać innych osób.  

Sport.pl

Zczuba.tv

Felietony Zbigniewa M.

Co kilka dni - przynajmniej raz w tygodniu, prezentujemy Państwu felietony "Transfer. Z piłki nożnej do literatury i z powrotem" autorstwa Zbigniewa Masternaka - piłkarza BKS Roztocze i zastępcy prezesa Stowarzyszenia Polskiej Piłki Błotnej. 

Zapraszamy do lektury!

Zbigniew Masternak

1. PIÓRKÓW JAK RIO DE JANEIRO

Lista pisarzy, dla których piłka nożna była wielką fascynacją, jest długa – od Alberta Camusa poczynając, który trenował na poziomie czwartoligowym. Autor „Obcego”, któremu tylko zaawansowana głuchota uniemożliwiła zawodową karierę, stwierdził, że wszystko, co wie o moralności, wie dzięki piłce nożnej. Kolejny był Nabokov. Z polskich pisarzy futbol fascynował Kazimierza Wykę, następnie Jerzego Pilcha, a ostatnio Wojtka Kuczoka, który grał w nią co prawda amatorsko, ale przypłacił to zerwaniem więzadeł podkolanowych. Ja także zaczynałem jako piłkarz, skończyłem jako pisarz.

W moim rodzinnym Piórkowie nie było klubu piłkarskiego – za to bez przerwy graliśmy na leśnej polanie. Była strasznie pochyła – różnica poziomu pomiędzy obiema bramkami wynosiła co najmniej metr. Do bramki na dole piłka sama wpadała, pod górkę grało się zdecydowanie trudniej. Zbierały się dwie wioski, Piórków i Wszachów, dość wrogo do siebie usposobione i toczyliśmy zaciekłe walki. Było w tym coś z plemiennych potyczek, byliśmy niczym indiańscy wojownicy na wojennej ścieżce.

Nie było to jednak tylko takie dzikie granie – wiele żonglowaliśmy, urządzaliśmy slalom z piłką między pachołkami, ćwiczyliśmy przyjęcie piłki nogami, klatką piersiową i głową. Od początku najbardziej imponował mi Diego Maradona. Potrafił strzelić gola z niczego. Niestety, nie przypominałem go stylem gry - bardziej już Filippo Inzaghiego oraz nieco zapomnianego czeskiego napastnika Pavla Kukę. Nie byłem bardzo szybki, nie miałem bajecznego dryblingu ani atomowego uderzenia. Decydowała umiejętność odnalezienia się na boisku, odpowiedniego ustawienia. Po prostu zawsze kręciłem się gdzieś w okolicy pola karnego i czyhałem na okazję do zdobycia bramki. Zazwyczaj coś wpadało.

Pierwsze poważne treningi zaliczyłem na SKS-ie w Szkole Podstawowej w Baćkowicach. Moim trenerem był Kazimierz Barański, który osiągnął spore sukcesy w pracy z młodzieżą. Osiągnąłby większe, gdyby nie pociąg do alkoholu. Od początku na mnie stawiał, chociaż teoretycznie nie powinien, bo przede wszystkim byłem prymusem w nauce, nie powinienem być nim na boisku. A jednak kopanie piłki też mi szło znakomicie. Graliśmy nie tylko na SKS-ach, ale na każdej wolnej przerwie, to były wspaniałe, zaciekłe mecze. Pamiętam, jak raz przegrywaliśmy 1:0 i rozbrzmiał już dzwonek wzywający na lekcję. Wtedy zdobyłem bramkę na 1:1, strzałem z lewej nogi, z połowy boiska. Pękł mi lewy but. Potem było wznowienie akcji i zdobyłem gola na 2:1, znowu po strzale z połowy boiska, pękł mi prawy but. Do domu wróciłem boso, matka dała mi za to w tyłek. Raz przez to granie na przerwach prawie straciłem paluch u prawej nogi. Matka kupiła mi  prawdziwe buty piłkarskie, które kosztowały prawie połowę wypłaty za mleko. Były trochę za małe, bo kupowała je beze mnie. Wszyscy koledzy strasznie zazdrościli mi tych butów. Jeden tak mnie obtarł, że zrobiła mi się dziura w paluchu, z której lała się krew. Urwałem trawy z boiska, zatkałem nią dziurę i grałem dalej. Następnego dnia wdało się zakażenie, lekarz proponował amputację palca, ale na szczęście babka wyleczyła mi nogę jakimiś leśnymi ziołami.

Piłka nożna była moim jedynym łącznikiem z rówieśnikami – gdy nie grałem, ślęczałem nad grubymi księgami z historii. Gdyby nie piłka nożna, nie miałbym normalnego dzieciństwa, zostałbym przez kolegów odrzucony jako kujon. Ale wiedziałem, że z miejsc takich jak Piórków są tylko dwie drogi ucieczki – albo przez naukę albo przez piłkę nożną. Podobnie jak ze slumsów Rio de Janeiro. Zawziąłem się, żeby spróbować obu dróg. Do końca szkoły podstawowej udawało się to pogodzić. W tym wieku nie ma jeszcze takiej specjalizacji, jaka dokonuje się w późniejszym wieku.

Gdy kończyłem ósmą klasę szkoły podstawowej, pojechaliśmy z reprezentacją szkoły Baćkowice na turniej piłkarski zorganizowany przez OKS Opatów. Mój zespół przegrał 5:1 z Wojciechowicami, ale ja zdobyłem jedynego gola i zaproponowano mi, żebym poszedł do ogólniaka w Opatowie i uczęszczał na treningi. Wiedziałem, że otwiera się przede mną droga do grania na niezłym poziomie. Nie byłem jednak pewien, że chcę nią podążać – miałem jeszcze wiele innych zainteresowań. Wiedziałem jednak, że chcę opuścić swoje świętokrzyskie slumsy.

2. PIOTR MARECKI PRAWIE JAK RICARDO CARVALLHO

Zdjęcia do filmu „Księstwo” rozpoczęły się 25 września, o godzinie 11.00 na stadionie IV-ligowej Łysicy Bodzentyn. Pojechaliśmy tam z hotelu Paradiso w Suchedniowie razem z Rafałem Zawieruchą, który grał "mnie" w filmie. Dostaliśmy stroje od klubu Łysica Bodzentyn, którego zawodnicy także niedługo później się zjawili. Zostaliśmy podzieleni na dwie ekipy – zielono-białych i niebiesko-czerwonych. Przyjechał aktor Jakub Kamieński (m.in. serial "Pierwsza miłość"), jakiś aktor z Wrocławia, trzech gości, którzy mieli zagrać prezesów Korony Kielce i trenera Łysicy. Czekaliśmy na komentatora twórczości Andrzeja Barańskiego - Piotra Mareckiego, który także miał tutaj wystąpić. Przebraliśmy się i zaczęliśmy trenować. Początkowo Rafał Zawierucha średnio sobie radził – uczyłem go wszystkiego po kolei. Ale czego można nauczyć w tak krótkim czasie? Dryblingu? Panowania nad piłką? Strzału nożycami? Czegoś można – Rafał ma wrodzony dryg do piłki, bo szybko się uczył podstaw. Pożyczyłem Kubie Kamieńskiemu korki, które miałem dla Mareckiego, bo ten się spóźniał, a trzeba było przygotowywać się do zdjęć. Mieliśmy czas do zachodu słońca. Operator Jacek Petrycki konsultował ze mną wszystkie sceny – na przykład finałowy faul na głównym bohaterze. W końcu zjawił się Marecki. Gdy został przebrany w koszulkę przeciwnej drużyny, z kimś mi się skojarzył. Tak się wczuł w rolę, że bez przerwy wybijał piłkę, którą miałem dograć jako prawy pomocnik do głównego bohatera. Zawieruchę miał skosić zawistny Gacek, kolega z drużyny. Przygotowujemy pieczołowicie scenę. Piłkarze Łysicy przykładają się – widać, że występ w filmie to dla nich duże przeżycie. Reżyser krzyczy: „Akcja!”. Bramkarz podaje mi piłkę ręką dalekim wyrzutem. Przyjmuję gałę na klatę i biegnę wzdłuż linii bocznej. Mijam jednego z bocznych pomocników, chcę kiwnąć Mareckiego i wyłożyć piłkę sam na sam Zawierusze. Zanim pędzi Gacek i obrońcy przeciwnej drużyny. A wtedy jak spod ziemi wyrasta defensor Marecki. I wybija mi piłkę. Musimy zaczynać wszystko od nowa. Biegnę z piłką. Próbuję zagrać do głównego bohatera i co? Marecki znowu wybija mi piłkę. Chłopaki z Łysicy zaczynają się denerwować. Czas leci, a my nadal niewiele nakręciliśmy. A następnego dnia grają mecz z Hetmanem Włoszczowa. Ja gram mecz w barwach Puławiaka Puławy z Kadetem Lisów. Dlatego wolałbym, żeby to wszystko sprawniej poszło – podczas rozgrzewki naciągnąłem ścięgna podkolanowe. Jeden z zawodników Łysicy podchodzi do mnie i mówi: „Powiedz temu swojemu koledze, żeby tak bardzo się nie wczuwał, bo kariery i tak już nie zrobi!”. Względem mnie chłopaki z Łysicy zachowywali się bardzo w porządku. Faktem jest, że paru kojarzyłem z czasów, gdy grałem w OKS-ie Opatów albo w Koronie. Mamy wielu wspólnych znajomych. Traktowali mnie z szacunkiem nie tyle dlatego, że to moją biografię filmowali – raczej dlatego, że parę razy huknąłem na rozgrzewce pod poprzeczkę nożycami. Zapłaciłem za to odnowieniem kontuzji – musiałem założyć opaskę stabilizującą na lewe kolano. Masażysta z Łysicy wtarł silną maść przeciwbólową. Z trudem dotrwałem do końca zdjęć, a przecież było jeszcze wiele innych scen. Na przykład Zawierucha musiał zdobyć kilka ładnych bramek – musiałem mu pokazać, jak to się robi. A noga cały czas bolała. Rafał padał na ziemię – a to ze szczęścia po zdobytym golu, a to z bólu z powodu odniesionej kontuzji. Ja czułem się, jakbym się cofnął w czasie o 14 lat. Przypomniało mi się, jak kiedyś grałem mecz przeciwko Łysicy w barwach OKS-u Opatów. Przegraliśmy 4:1, zdobyłem jedyną bramkę. Podczas zdjęć podszedł do mnie prezes Łysicy. Facet około 50. Pamiętał mnie z tamtego meczu – był wtedy u schyłku kariery, ja dopiero zaczynałem. Mówi, że myślał, iż pisarz to taki stary gość, a tutaj taki młody facet. Wypytywał, czy nie chciałbym grać dla Łysicy. Obiecałem rozważyć propozycję. 

Zdjęcia się przeciągały – czasem biegaliśmy bez piłki, jak frajerzy, bo nagrywany był dźwięk i byłyby zakłócenia. Czasem musieliśmy krzyczeć jak opętani – słowa i frazy z meczów. A to znowu nadleciało stado wron i przerwaliśmy ujecie, bo strasznie hałasowały. Słońce powoli zachodziło nad pobliskim szczytem Łysicy, od której klub wziął swoją nazwę. Ludzi z „Warszawki” to zachwycało. Moją żonę, którą rzadko zabieram w rodzinne strony, także. Chłopaki z Łysicy zaczęli narzekać, że są głodni. I że producenci filmu będą im musieli dopłacić za dodatkowy czas. Albo postawić kratę piwa. Bardziej od tego filmu interesował ich mój kolejny projekt – „Transfer”, o którym opowiedziałem im w międzyczasie. Jak opowiadałem im sceny z „Transferu” – burdele, kasyna, korupcja, to aż im się oczy zaświeciły. W takim filmie to za darmo by zagrali. Swoją drogą – piłka prowincjonalna bardzo się zmieniła. Ja grałem w czwartej lidze za bułkę z szynką, oni mają pensje po 2-3 tysie na miesiąc. Niektórzy więcej. W czwartej lidze, czyli dawnej (przed reorganizacją) piątej! I są znacznie mądrzejsi od moich kolegów sprzed lat, od tych Suchych, Baców, Skobli, Flisków. Inna sprawa, że niewielu z nich pochodzi z Bodzentyna – zostali kupieni z Korony Kielce, Hetmana Włoszczowa, Granatu Skarżysko-Kamienna, KSZO Ostrowiec, Pogoni Staszów. Mają w tym roku wygrać ligę. Pytają mnie, gdzie można kupić moje książki, bo chcieliby poczytać. Dla wielu jestem kimś w rodzaju idola – mimo ze nie zrobiłem wielkiej piłkarskiej kariery, to przeżyłem fajną przygodę. Robią o tym film. Komu to jeszcze jest dane. Deynie? Chłopaki z Łysicy podziwiają przede wszystkim moją żonę. „Musiałeś być dobrym piłkarzem – mówi jeden z nich. – Takie piękne żony mają tylko dobrzy piłkarze”.

Kiedy tak patrzę na biegającego po boisku Zawieruchę, przypominam sobie siebie sprzed lat – piłkarza. Czy żałuję, że nie zagrałem w Legii Warszawa, na Wyspach, w reprezentacji? Czasem tak. Ale zrekompensowałem sobie to jako pisarz i filmowiec. Tak tłumaczę dziennikarce regionalnej gazety „Echo Dnia”. Znowu robią mi zdjęcia w piłkarskim stroju, jak przed laty.

Mareckiemu mówię podczas obiadu w stołówce, że zmarnował szansę na karierę piłkarską – zamiast kopać ludzi po kostkach zajął się wydawaniem książek. A mógł zostać powszechnie szanowanym człowiekiem. Strasznie rozbawiło to Barańskiego. Marecki sporo nauczył się od chłopaków z Łysicy – odgraża się, że jeszcze nie koniec zdjęć i sprzeda mi kosę. W końcu przypomniałem sobie, z kim mi się kojarzył – z Ricardo Carvallho, świetnym portugalskim defensorem.

3. BARAŃSKI PO RAZ PIERWSZY

Gdy kończyłem ósmą klasę szkoły podstawowej, pojechaliśmy z reprezentacją szkoły Baćkowice na turniej piłkarski zorganizowany przez OKS Opatów. Trenował nas wtedy Kazimierz Barański, który miał duże sukcesy w szkoleniu młodzieży i bardzo we mnie wierzył. Mogę powiedzieć, że był to pierwszy Barański, który na mnie stawiał. Drugiego poznałem wiele lat późnej i nie był trenerem piłkarskim, a reżyserem filmowym. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że piłka nożna i film będą się przeplatały przez całe moje życie, będzie się zmieniło tylko imię Barańskiego.

Mój zespół przegrał 5:1 z Wojciechowicami, ale ja zdobyłem jedynego gola i zaproponowano mi, żebym poszedł do ogólniaka w Opatowie i uczęszczał na treningi. OKS Opatów był kiedyś klubem liczącym się na kielecczyźnie. Gdy tam trafiłem, po trzeciej lidze, w której kiedyś zespół występował, zostały jednak tylko wspomnienia. Wszystko w klubie się sypało. Szatnie pamiętały znacznie lepsze czasy. O ławkach dla kibiców nawet nie wspomnę, bo nie zostały po nich nawet wspomnienia Z tego klubu wybiło się tak naprawdę dwóch piłkarzy – Tomasz Żelazowski, zwany przez wszystkich Żelazkiem, który trafił stąd do KSZO Ostrowiec i awansował z nim do Ekstraklasy, był długo najlepszym napastnikiem hutniczej drużyny, strzelał gole potężnemu w tym czasie Widzewowi Łódź. Drugim piłkarzem, który zrobił karierę na miarę Ekstraklasy, był Artur Szymczyk, pomocnik i obrońca, grał m.in. w GKS Katowice i Widzewie Łódź.

W okolicy Opatowa istniały takie kluby jak Alit Ożarów czy Cukrownik Włostów. Z tych klubów wywodzili się tacy piłkarze, jak Dariusz Pietrasiak z Cukrownika, który zrobił dużą karierę ligową, zagrał nawet w reprezentacji Polski u Franciszka Smudy, czy Paweł Strąk, który z Alitu trafił m.in. do silnej Wisły Kraków, był reprezentantem polskiej młodzieżówki. Zatem karierę można było zrobić, ale powiodło się to naprawdę niewielu. Zwykle kończyło się na zawiedzionych nadziejach i nędznych żywotach podrzędnych kopaczy lig regionalnych. Do końca przekonanych, mimo dawno przekroczonej 30-tki, że jeszcze szczęście się do nich uśmiechnie i zrobią zawrotną karierę, na miarę KSZO lub Korony Kielce. Przeważnie pracowali potem w straży pożarnej lub miejskiej, niekiedy policji, najczęściej w miejskim przedsiębiorstwie oczyszczania miasta. Ci ostatni swoją pracę wykonywali z pogardą, przyłapani - odrzucali miotłę albo łopatę, gdy przechodził dawny kolega z klubu.

Nie lubiłem ludzi z Opatowa, bo wszyscy uważali się za mieszczuchów, a gardzili tymi ze wsi. Dlatego w OKS-ie prawie nie było piłkarzy z okolicznych wiosek. Nie miałem lekko – już po pierwszym treningu musiałem się opędzać nożem, żeby móc dotrzeć na dworzec autobusowy, żeby wrócić do rodzinnej wsi. Kierownik drużyny musiał przyjeżdżać do mnie do domu, żeby namówić mnie na wznowienie treningów. Kierownikiem drużyny był ekspiłkarz. Polubił mnie, bo kiedyś w OKS-ie grał razem z kolesiem z moich stron, legendarnym Wójcickim. Wróciłem i znalazłem się pod jego opieką, także mogłem spokojnie trenować, bo bali się go także ludzie z miasta. Tylko że Wójcicki mnie potem znienawidził, bo jako piłkarz osiągnąłem więcej od niego.

W klubie grało wielu oszołomów. Najbardziej gnębił mnie Flisek. Chodził do tego samego liceum, co ja i straszny był z niego łobuz. Wyjął fiuta na lekcji polskiego i kazał nauczycielce, żeby mu obciągnęła, jak zaczęła go wypytywać o rzeczowniki. „Chuj to też rzeczownik!” – stwierdził. Był taki zarozumiały, bo miała go kupić silna wtedy Stal Stalowa Wola. Nie kupili go ze względu na trudny charakter. Fliska w końcu wyrzucili z naszego liceum, potem z drugiej szkoły i popadł w konflikt z prawem, trafił do paki, za pobicie dziadka czy babki, bo nie chcieli mu sfinansować papierosów. Wrócił do gry po wyjściu z wiezienia, ale to już nie był ten sam Flisek, postrach Opatowa. Grę wznowił B-klasowym GKS Iwaniska, za parę groszy za mecz. Napadł mnie niedawno w Opatowie, jak przyjechałem na spotkanie autorskie, żebym dał mu dwa złote, ale w końcu mnie poznał i szybko uciekł zawstydzony.

Dużo było tutaj ludzi niespełnionych. Taki Boniek na przykład. Koleś nigdy nie wyszedł z IV ligi, a uważał się za wielki talent. Tyle, że był grubo po 30-tce. Potrafił tylko pić i się kłócić. I awanturować o wypłaty za mecze. Klub płacił nam diety na mecze wyjazdowe, kupował bilety miesięczne do szkoły, dostawaliśmy premie za wygrane mecze, groszowe, ale jednak. Boniek miał rodzinę na utrzymaniu, więc dorabiał przy kopaniu rowów, a potem nie miał siły biegać podczas meczów.

W klubie zawsze dużą rolę odgrywały odpryski z innych klubów, głównie z KSZO, Ostrowiec leży ze 20 km od Opatowa. To ci weterani stanowili zwykle o obliczu drużyny. Tacy starzy wyjadacze, jak Czesio Gondek, mimo 40-tki na karku, byli niezniszczalni. Albo Wrona, który mimo paru piw wypitych przed meczem bywał najlepszy na boisku. Młodzież, jak nawet była zdolna, szybko schodziła na psy. Niewiele tutaj dało się zrobić. Był taki zdolny trener juniorów, Waldemar Domagała, ale jak tylko jego wychowankowie wyszli z wieku juniora, od razu przestał nad nimi panować i sukcesy się skończyły.

Zabawnych sytuacji było w tym klubie wiele. Kiedyś wjechaliśmy w kartoflisko. Nagle jeden z naszych zawodników, chociaż nic mu się nie stało, zaczął krzyczeć: „Moje nogi, moja kariera!”. Jakby ciągle jeszcze liczył na wielkie sukcesy piłkarskie, mimo że był mocno przeterminowany.

Najwierniejszym kibicem był Szczuchniak, ksywa Szczuka. Chłop trochę ciężko kumający, ale kibic oddany. Kamieniem potrafił trafić sędziego z 50 metrów. Kiedyś kilku starszych zawodników wybrało się na imprezę do hotelu w Ostrowcu, po jednym z wygranych meczów, co nie zdarzało się zbyt często. Załatwili dziwkę Szczuce, niech se chłop porucha. Rano ta dziewczyna przychodzi do Bońka i mówi: „Wyruchał mnie przez rajtuzy, ten cham, płacicie podwójną stawkę”.

Grę w OKS-ie wspominam o tyle dobrze, że to z nią wiążą się moje literackie początki. Dziennikarka regionalnej gazety „Słowo Ludu” poprosiła mnie kiedyś, żebym pisał krótkie notki z meczów, „Ty w tych meczach grasz, to o nich pisz!”. I tak się zaczęło. Z czasem oprócz opisów meczów postanowiłem rozszerzyć tematykę. Pierwszy artykuł był o tym, jak w mojej wsi podłączyli wodę i zamarzły rury. „Dobra woda była, ale zamarzła”. Od tej pory moje zapisy się wydłużały, z czasem przerodziły się w krótkie opowiadania. Jednak postępy robiłem nie tylko w pisaniu, ale i na boisku. Pod koniec trzeciej klasy liceum, po jednym z meczów towarzyskich zainteresowała się mną Korona Kielce, która grała wówczas w III lidze. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że trenerowi Korony polecił mnie Kazimierz Barański, który był jego kolegą.

4. ODKRYWANIE ROZTOCZA, CZYLI O LITERTURZE, FILMIE I PIŁCE BŁOTNEJ

Na Roztocze trafiłem po raz pierwszy jako pisarz do wynajęcia. Rola „ghostwritera”, który za pieniądze tworzy dla innych, oddając prawa do swego dzieła, jest od dawna popularna w świecie polityki, sportu i celebrytów. Od pewnego czasu rozpowszechniła się także w Polsce. Najemnicy piszą biografie sportowców – np. Robert Błoński spisał życiorys Jerzego Dudka („Uwierzyć w siebie. 0:3 do przerwy”). W podobny sposób powstają książki, sygnowane potem nazwiskami znanych aktorek, jak choćby „dzieła” Katarzyny Cichopek. Często taki autor-widmo ogranicza się w wzięcia gotówki i często nie występuje w stopce redakcyjnej.

W 2010 roku dużą popularnością cieszył się film Romana Polańskiego - „Ghostwriter”. Tytułowy bohater (świetna rola Ewana McGregora), brytyjski pisarz, podjął się spisania wspomnień byłego premiera Wielkiej Brytanii, którego grał Pierce Brosnan. Ghostwriter podczas pracy nad książką odkrywał kolejne ślady potwierdzające związki pomiędzy premierem a CIA. To była frapująca historia. Niestety, moja przygoda z rolą pisarza-widma była znacznie mniej spektakularna. Na początku 2009 roku dostałem propozycję od aktora i reżysera Mariusza Pujszy, żebym napisał biografię jego i jego kolegi, operowego śpiewaka Piotra Wyrwasa – „Królowie życia”. Zgodziłem się, mimo że Pujszo, kreujący się na milionera, zaproponował mi mizerną zaliczkę – wierzyłem, że zamiast tego będę mógł podejrzeć z bliska obcy mi świat celebrytów (albo przynajmniej tych, którzy usiłują za nich uchodzić). Zaczęły się moje przyjazdy do posiadłości Pujszy pod Zamościem – dużego pensjonatu z parą służących i psem. Dostawaliśmy z Renią przytulny pokoik na parterze. Jeździliśmy tam zwykle zimą, przyroda w pobliżu była niesamowita, w końcu to obrzeże Roztocza. To od przyjazdów tutaj zaczęła się moja fascynacja tymi stronami.

Wszędzie na ścianach wisiały fotografie gwiazd filmu z całego świata (np. G. Clooneya), ale najwięcej było tych z Francji (Depardieu), gdzie Pujszo zrobił sporą karierę – nakręcił m.in. głośny film „Królowie życia”. Pujszo chwalił się, że we Francji zagrał jako aktor w 200 czy 300 filmach, niekiedy były to duże role. Te gwiazdy na ścianach, dosłownie wszędzie, robiły wrażenie, chociaż niekiedy wydawało się, jakby Pujszo przyssał się do nich z zaskoczenia, a ktoś (żona reżysera?) pospiesznie strzelił fotkę. Po powrocie do Polski kariera Pujszy mocno wyhamowała, kojarzył się głównie z kiczowatymi produkcjami w stylu… „Polisz Kich projekt” (2006). . Ale był też redaktorem naczelnym pisma Gentleman na Polskę. Jego egzemplarze także wszędzie się poniewierały, nawet w toaletach.

Na przyjęciach u Pujszy bywali znani polscy aktorzy i reżyserzy, każdej takiej imprezie towarzyszyło zainteresowanie lokalnych mediów, których w Zamościu jest zaskakująco dużo.

Gdyby Pujszo pozwolił mi opisać historię swoją i Wyrwasa tak, jak mu to proponowałem, mogła powstać ciekawa proza biograficzna. Niestety, Pujszo chciał to wszystko pisać właśnie już z perspektywy posiadacza pensjonatu w Pujszanach, a nie początkującego artysty. Zacierał ślady, marne życie emigranta stanu wojennego próbował zamienić w dobry żart, z klasą. Napisałem po paru miesiącach nagrywania ich wspomnień na dyktafon i przyjeżdżania pod Zamość, albo do Warszawy (klub Maska) pierwszą pełną wersję książki. W sumie wyszła całkiem fajna – jeszcze niedoszlifowana, ale coś w sobie miała, jakąś lekkość, młodzieńczy wygłup. Może dlatego fajnie mi się ją pisało, że w tym samym czasie opracowywałem swoją książkę o podróży i życiu we Francji – „Nous sommes les Polonais”, część czwartą cyklu „Księstwo”. Moje przygody rozgrywały się ćwierć wieku później, ale miały wiele wspólnego z tym, co przeżyli Pujszo z kamratem.

Napisałem pierwszą pełną wersję i… zostałem zwolniony. Pujszo zwolnił mnie po tym, jak umieściłem swoje nazwisko obok niego i Wyrwasa na okładce komputeropisu. Miałem być goostwriterem, a nie współautorem, o czym zapomniałem, wykonując tyle ciężkiej roboty za gorsze.

Na Roztocze wróciłem dwa lata później - w połowie czerwca 2011 pojechałem na spotkanie autorskie do Krasnobrodu. Zaczęło się od literatury, a skończyło na piłce nożnej. Zanim zostałem pisarzem, chciałem być piłkarzem. Gram w piłkę nożną z przerwami do dziś. Od Tomka Pakuły, który był moderatorem wieczoru, dowiedziałem się, że powstaje tam klub grający w piłkę błoną. Błotny Klub Sportowy „Roztocze” Krasnobród – taka nazwa się ustaliła. Szybko wyraziłem chęć gry – dość miałem gry na zwykłej murawie w MKS Puławiak Puławy. Piłka błotna wydała mi się odpowiednim dla mnie wyzwaniem. To nowy sport, jej początki sięgają roku 1998, kiedy to w Finlandii biegacze narciarscy, przygotowujący się do sezonu, rozegrali pierwszy mecz na błocie. W przypadku tej odmiany piłki zasady odbiegają nieco od tych z trawiastej nawierzchni. Mecz toczy się w wymiarze czasowym dwa razy dwanaście minut, a na boisku przebywa sześciu zawodników (pięciu plus bramkarz). Rzuty karne, wolne, rożne czy auty wykonywane są poprzez podrzucenie piłki i wybicie jej nogą. Jeżeli podczas trwania zawodów piłkarz zgubi buta, automatycznie musi opuścić plac gry, a jego miejsce zajmuje jeden z graczy rezerwowych. Za boisko posłużyła nam zaorana łąka nad rzeką Wieprz, nieopodal kaplicy na wodzie. Bramki zmontowane zostały z kilku patyków. Trzeba dodać, że krasnobrodzki obiekt spełnia oficjalne wymiary, które wynoszą dokładnie 60 na 35 metrów. Przed rozpoczęciem meczu miejscowa straż wylała hektolitry wody na plac gry, dzięki czemu z minuty na minutę konstruowanie jakichkolwiek akcji dla obu ekip stawało się bardzo trudne i graniczyło jedynie z cudem. W pierwszym meczu, z Arsenalem Lublin, nie mogłem się odnaleźć, tak jak chciałbym - nogi grzęzły w błocie, nie dało się właściwie ustawić stopy, wyjść w tempo na pozycję. Parę okazji, które na zwykłej murawie wykorzystałbym z zamkniętymi oczami, tutaj zmarnowałem. W drugim meczu, mimo że rozegranym z dziewczynami, czułem się już znacznie lepiej i zdobyłem 3 gole. Nagle zacząłem lepiej uderzać z przewrotki, co jest moim znakiem rozpoznawczym, dobrze ustawiałem się do piłek wyrzucanych przez bramkarza, dogrywanych przez kolegów. Gry w piłkę błotną nie da się nauczyć, bo zbyt wiele tutaj przypadku. I to w tym najpiękniejsze. Ta gra niweluje różnice w wyszkoleniu technicznym poszczególnych zawodników i szansę, żeby się wykazać, mają nawet ci teoretycznie słabsi. Z kolei wirtuozi z normalnej płyty wcale nie muszą tutaj potwierdzić klasy. Podczas meczu panowała wspaniała atmosfera - wszyscy świetnie się bawili, i zawodnicy, i licznie zgromadzeni kibice. Gra trwała 24 minuty, a mnie się wydawało, że to pełny wymiar meczu, tyle się podczas niego działo. 

Było potem jeszcze parę ważnych meczów, które na długo zapamiętam. Na przykład ten z Los Brokeros 9:0 Lublin. Była to trzecia gra kontrolna naszej błotnej drużyny. Po remisie z Arsenalem Lublin spisaliśmy się o niebo lepiej, aplikując gościom aż sześć bramek, nie tracąc żadnej. Mieliśmy już nowe koszulki. Pomarańczowe, z naszym herbem, którego najważniejszym symbolem był mały silny konik, tarpan. Zmaganiom BKS Roztocze i Los Brokeros towarzyszyło mnóstwo walki i ostrych zagrań. Udało nam się szybko wyjść na prowadzenie – pewnym strzałem pomiędzy nogami jako pierwszy zmusiłem bramkarza gości do kapitulacji.  „Grający na co dzień w barwach Puławiaka Puławy zawodnik w przekroju całego meczu dołożył jeszcze trzy trafienia i bez dwóch zdań należał do wyróżniających się zawodników na boisku” – napisał w relacji z tego meczu dziennikarz portalu lubelskapilka.net i byłem dumny z tej „recenzji”, bardziej, niż z niejednej recenzji moich książek. Wygraliśmy 6:0, a Los Brokeros po tym meczu się rozpadli. Kibice łatwo mogli sprawdzić, kto najbardziej się starał, a kto włożył w spotkanie najmniej wysiłku. Wyznacznikiem zaangażowania była ilość błota na koszulkach, getrach, butach i twarzy zawodników. Każdy jednak obowiązkowo rzucił się jeszcze raz w błoto po ostatnim gwizdku sędziego, aby w taki właśnie sposób zakończyć udane zawody, bez względu na to, czy były one wygrane, czy też przegrane. Wszyscy się dobrze bawili i o to w głównej mierze chodzi. Bo piłka, zarówno ta zielonej murawie, jak i ta na błocie, powinna jednoczyć i sprawiać satysfakcję. Ten mecz był dla mnie ważny z jeszcze jednego powodu – trafiłem na plakat reklamujący ten mecz. Dość już miałem plakatów anonsujących moje spotkania autorskie. Miałem wrażenie, jakby czas się cofnął o 14 lat, gdy grałem w OKS-ie Opatów.

Trzeci mecz, który pamiętam, to sparing z Niemcami. W niedzielę 31 lipca 2011 roku na 4Fiter Arenie w Krasnobrodzie, a w zamyśle 3 lipca 1974 roku na Waldstadion we Frankfurcie zmierzyły się reprezentacje Polski i Niemiec. Wszystko to odbyło się w związku z kręceniem materiału reklamowego na Euro 2012, promującego futbol w Polsce, nagrywanego przez Studio Filmowe K z Puław. W role Kazimierza Deyny, Jana Domarskiego, Roberta Gadochy, czy też Gerda Muellera, Juergena Grabowskiego i Franza Beckenbauera wcielili się piłkarze BKS Roztocze. Nie zabrakło niczego, były stroje narodowe, hymny, dopisali również kibice. Już w pierwszej minucie spotkania Die Nationalelf wyszli na prowadzenie za sprawą Dawida Kuczmaszewskiego, który precyzyjnym strzałem głową pokonał zaskoczonego i chcącego zastąpić w bramce Jana Tomaszewskiego – Przemysława Czubata. Kolejne minuty należały już do Biało-Czerwonych – wyrównaliśmy po moim uderzeniu z rzutu karnego. W całym spotkaniu dołożyłem jeszcze cztery bramki, w tym jedną przepiękną, z przewrotki! Próbowałem wiele razy i w końcu się udało. Pozostałe trzy trafienia dla Polski zaliczył Tomek Pakuła. Niemców stać było tylko na 3 gole. Także był to srogi rewanż za rok 1974. Powstał z tego film, który potem trafił na YouTube i jest doskonałą reklamą piłki błotnej. Obejrzało go już z pół Europy, dzięki linkowaniu przez holenderski portal FutbolCulture, zajmujący się ekstremalnymi odmianami piłki nożnej.

Punktem kulminacyjnym naszych przygotowań były rozegrane 21 sierpnia, w Krasnobrodzie, I Mistrzostwa Polski w Piłce Błotnej. Wygraliśmy tę imprezę, a ja zdobyłem 4 gole i zostałem królem strzelców. Nie było łatwo, bo dwa tygodnie wcześniej, podczas jednego z meczów towarzyskich, złamałem żebro i grałem na środkach przeciwbólowych. Był to dla mnie największy sukces sportowy, od brązowego medalu w przełajach w 1998 roku. 14 lat minęło, a ja nadal biegałem w krótkich spodenkach. Dzięki temu zwycięstwu zdobyliśmy prawo, by za rok reprezentować Polskę w Mistrzostwach Świata w piłce błotnej, które zostaną rozegrane w szkockim Inverness. A moja forma strzelecka też została dostrzeżona w Polsce. Dziennikarze „Uważam Rze” sugerowali nawet Smudzie, żeby mnie powołał do reprezentacji Polski na Euro 2012.

Trzeci etap odkrywania przeze mnie Roztocza dokonał się dzięki festiwalowi filmowemu w Zwierzyńcu. O Piotrze Kotowskim usłyszałem popijając piwo w klubie studenckim „Chatka Żaka”, w 2000 roku, kiedy byłem studentem wydziału prawa UMCS w Lublinie. Szefował prężnie działającemu w „Chatce” DKF-owi. Miałem wtedy jeszcze dość naiwne wyobrażenie o kinematografii – zaproponowałem mu sfilmowanie mojego pierwszego opowiadania „Ki diabeł?”. Popatrzył na mnie jak na wariata – w DKF-ach o filmach się dyskutuje, a nie zajmuje ich produkcją. I nasze drogi się rozeszły. Kotowski był zajęty przygotowywaniem pierwszej edycji Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Nie wierzyłem, że mu się uda.

Minęło 12 lat i zaprosił mnie na jej XII edycję - do Zwierzyńca przyjechałem z filmem „Księstwo”, opartym na mojej prozie. Opowiadanie, które chciałem kiedyś nakręcić, zostało sfilmowane w „Księstwie” przez Barańskiego. Kotowski to zauważył – po pokazie powspominaliśmy wydarzenia sprzed 12 lat.

Ekipę filmu reprezentowałem ja i Zbyszek II, czyli Rafał Zawierucha. Po pokazie na widowni zostało ¾ widzów. Większości film się podobał – ktoś stwierdził, że to taka polska prowincja w pigule, ktoś wyraził zdziwienie, że film został przemilczany w Gdyni. Na koniec trafił się też głos krytyczny. Chodziło o ostatnią scenę - że jest nieprawdziwa, bo kałasznikow inaczej strzela i to błąd. Ja na to, że nie znam się na broni. Dodałem, że u mnie w książce główny bohater nie ginie, tylko ktoś mu grozi bronią. Czy mógłbym uśmiercić go już w pierwszej książce, skoro zaplanowałem wieloczęściowy cykl? Ostatnia scena nastręczyła jeszcze jeden problem - w Kazimierzu Dolnym przeczepił się do niej Grzegorz Królikiewicz. Że zbyt jawnie nawiązuje do „Popiołu i diamentu”. O czym nawet nie pomyślałem. Profesor z powrotem odesłał mnie do szkoły scenariuszowej, gdzie mnie kiedyś uczył.

Na sali byli obecni moi koledzy z BKS Roztocze Krasnobród. Jeden z nich zapytał, czy udało mi się w końcu znaleźć harmonię ciała i umysłu, o której tyle mówi się w filmie. Odpowiedziałem, że to chyba właśnie się dzieje. Dowód? Tego samego dnia „Gazeta Zamojska” w artykule „Bo zabrakło błota” opisała mnie jako utalentowanego piłkarza, a z kolei w gazetce festiwalowej „Zwierzyniec filmowy” ukazał się artykuł o mnie i o „Księstwie” – „Koniec z sielankami”. Stan raczej chwilowy, ale ważne, że udało się go wreszcie osiągnąć.

W ramach LAF, na godzinę przed pokazem „Księstwa”, w ratuszu odbyło się spotkanie z redakcją "Akcentu". Prowadził je Bogusław Wróblewski. Przypomniały mi się czasy, kiedy przychodziłem do „Akcentu”, przynosząc do czytania swoje pierwsze teksty. Patrząc na Wróblewskiego, zastanawiałem się, czy pamięta, jak podczas jednej z wizyt wylałem mu przypadkiem na redaktorskie biurko kubek kawy, zalewając wszystkie ważne papiery. Chyba pamiętał, bo odwrócił wzrok.

Do Zwierzyńca zabrałem żonę i czteroletniego synka – okazało się, że LAF to festiwal rodzinny. Wśród widzów dominowały pary, w wieku między dwadzieścia kilka a trzydzieści kilka lat – pewnie dzieciaki zostawili w czymś w rodzaju festiwalowego przedszkola, gdzie maluchy także mają filmy do oglądania. Wiktorek obejrzał z uwagą „Hotel dla psów”, wybierał się też na filmy o autach i mrówkach. To się nazywa edukacja filmowa przyszłych pokoleń.

Rzadko kiedy jakaś impreza artystyczna tak bardzo odciska swoje piętno na miejscu, w którym się odbywa, jak Letnia Akademia Filmowa na Zwierzyńcu. Przez 12 lat rozbudowała się baza noclegowa, miasto stało się zadbane, więcej ludzi ma pracę, no i rozwinęła się turystyka. Sztuka zrobiła coś dla ludzi.

Jedyne, co mnie rozczarowało, to fakt, że w Zwierzyńcu nie ma ZOO. Bo jak naiwnie sądziłem, że skoro „zwierzyniec” to musi być ZOO. A najbliższe znajduje się w Zamościu i w dodatku jest w remoncie.

Literatura, film, piłka błotna – każdy pretekst jest ważny, żeby poznać Roztocze. Myślę, że znajdę sobie jeszcze kilka innych, nie mniej ważnych.

4. W KRAINIE LATAJĄCYCH SCYZORYKÓW

Wysłannicy Korony zainteresowali się mną po jednym z meczów towarzyskich. Nie proponowali wielkich pieniędzy, praktycznie miałem tam grać za bułkę z mortadelą (szynka była wówczas rarytasem), ale zgodziłem się tam przenieść, bo Korona, mimo że wówczas podupadła, to jednak była legenda. KSZO było budowane za pieniądze huty, gardzono tym zespołem w terenie. Nie przeniosłem się jednak do Kielc do szkoły, bo byłem w ostatniej klasie liceum, a nie chciałem zmieniać ogólniaka przed maturą. W końcu byłem prymusem. I to był chyba moment decydujący o tym, że nie zrobiłem takiej kariery piłkarskiej jak mogłem. To był dla mnie trudny czas. Wstawałem o 5 rano, żeby dojechać do liceum do Opatowa 20 km autobusem na 7.00. Potem do 15 w szkole i jechałem 64 km do Kielc. O 18.00 trening. 0 21.00 wsiadałem w autobus powrotny. O 23 byłem w domu. I tak przez rok, za... Nieźle mi szło, ale byłem przemęczony. Do tego przyplątały się kontuzje, zwłaszcza naderwanie ścięgien podkolanowych. Kielce były wtedy zabiedzonym miastem, mocno podupadłym. Nie było nawet za bardzo gdzie się napić piwa. Korona miała wówczas kłopoty finansowe – to było nad długo przed zjawieniem się w klubie Krzysztofa Klickiego i KOLPORTERA. To był intensywny czas. Zdawałem w tym czasie maturę, jeździłem na olimpiady z historii i WOS-u, biegałem przełaje, wydałem tomik poezji, do którego się teraz nie przyznaję, przygotowywałem się do egzaminów na studia prawnicze. I przez to zaniedbałem treningi.. Odechciało mi się, w dodatku naderwałem więzadła lewego kolana. I to nie w meczu ligowym, a w sparingu z sąsiednią wioską, z Nieskórzowem. Kopnął mnie wieśniak zazdrosny o moją grę w znanym klubie. Od tego momentu co jakiś czas pojawiał się ktoś, kto próbował mnie kopać po nogach albo je podstawić. Dzięki tej kontuzji nauczyłem się bronić przed takimi wchujograjcami – kopię pierwszy.

Dostałem się na studia do Lublina i zrezygnowałem z Korony. Zwłaszcza, że nie byli w stanie pokryć kosztów rehabilitacji mojej nogi.

Z OKS-u Opatów trafiłem do Korony Kielce. W tamtych czasach Korona była klubem w Górach Świętokrzyskich klubem legendarnym, mimo że cały czas balansowała na krawędzi II i III ligi, z wskazaniem na III. I nawet jak teraz gra w Ekstraklasie, nic nie przebije dawnej popularności kieleckiej drużyny. Były to czasy, kiedy Korona miała groźnego rywala – Błękitnych Kielce, klub nielubiany, bo policyjny. Droga w górę Korony zaczęła się właśnie od niespodziewanej fuzji obu drużyn, między którymi panowała wielka wrogość. To tak jakby połączyły się Wisła z Cracovią albo Widzew z ŁKS-em – chociaż na dobrą sprawę może to byłoby jakieś rozwiązanie, zwłaszcza w tym drugim przypadku, gdy oba kluby mają kłopoty finansowe? Może Łodzi po prostu nie stać na dwie duże drużyny piłkarskie? Z pewnością na dwie silne drużyny nie było stać Kielc. Jednak fuzja z Błękitnymi nie wiele wniosła – polegała tak naprawdę na transferze zawodników z policyjnego klubu do Korony i to wszystko. A nie było tam zbytnio z czego wybierać.

5. BIEGNIJ FOREST, BIEGNIJ!

Gdy dostałem się na studia prawnicze do Lublina, na UMCS, zrezygnowałem z gry w Koronie Kielce. Studiowanie w Lublinie uważałem za swoją porażkę – chciałem studiować w Krakowie, na UJ-cie, ale się nie dostałem. Co do piłki – zupełnie przestałem grać. Marzyła mi się gra w Wiśle Kraków, w najgorszym wypadku w Cracovii, a co tymczasem miałem do wyboru? Wtedy w Lublinie z piłką nożną było słabo – Motor się praktycznie rozpadł z powodu kłopotów finansowych – zamiast niego istniał Lubelski Klub Piłkarski (LKP), który przechodził całą drogę od bodajże C-klasy. Wtedy był chyba w okręgówce – dla mnie poniżej ambicji. W mieście liczyła się wówczas Lublinianka, ale także cienko przędła finansowo – był to w ogóle ciężki czas dla piłki nożnej w Lublinie. Poza tym – bałem się, że odnowi mi się kontuzja ścięgien podkolanowych. Nie mogłem się odnaleźć w Lublinie. Wydział prawniczy z mnóstwem ambitnych, ale mocno ograniczonych ludzi, którzy potrafili wklepywać tylko paragrafy na pamięć, stojąc przed lustrem w toalecie. Nie czytali gazet, nie oglądali telewizji, bo nie mieli na to czasu. Dla przykładu – we wrześniu 2011 roku spotykam takiego matołka (niby-kolegę ze studiów), gdy grałem w barwach Roztocza Krasnobród w turnieju charytatywnym w centrum Lublina, a ten uśmiecha się drwiąco i mówi: „I co, tylko na piłce się skończyło?” Czyli w ogóle nie wiedział o moich wydanych książkach, ich przekładach na tak egzotyczne języki jak wietnamski czy mongolski, nie słyszał o adaptacjach filmowych – „Księstwo” w reżyserii Barańskiego krążyło przecież po całym świecie, od Karlowych Warów po Indie. A ten – nic. Jak mu trochę opowiedziałem o tym, czym się teraz zajmuję, co udało mi się osiągnąć, szybko uciekł. Nie chciałem się chwalić, chodziło o odrobinę szacunku, której brakuje tym gościom w przepoconych garniturkach i koszulach o przybrudzonych kołnierzykach.

Podczas pierwszych zajęć na WF-ie trenerzy robili nam testy sprawnościowe – skok w dal, bieg na setkę, takie tam. Zaintrygowały ich moje osiągi na setkę. Powiedziałem, że na średni dystans jestem jeszcze lepszy. I szybko zaproponowali mi treningi w sekcji lekkoatletycznej AZS UMCS Lublin, która była wtedy bardzo silna, nadal zresztą jest. Wielu zawodników z tej drużyny startowało i wciąż startuje na mistrzostwach Polski, nie tylko uczelnianych, ale tych prawdziwych. Wiąże się to z równie prawdziwymi treningami, które przeprowadzają prawdziwi trenerzy, jak Maciej Tarnowski czy Edward Piechnik, czy Robert Kozłowski (szef kulomiotów, obecnie prezes Motoru Lublin).

Trener Tomasz Bielecki proponował mi grę w BKS-ie Lublin, ale odmówiłem, bo bałem się odnowienia kontuzji więzadeł podkolanowych. Wydawało mi się, że jednak to biegi na średnich dystansach są moim nowym powołaniem. Miałem niezłą wytrzymałość i jakoś sobie radziłem. Lubiłem biegać, bo tutaj wszystko zależało ode mnie, a nie od dobrego humoru kolegów, czy ktoś mi poda piłkę czy nie. Zawsze byłem typem egzekutora a nie dryblera, musiałem dostać dobrą piłkę, żeby strzelać. Inna sprawa, że zazwyczaj tych okazji nie marnowałem.

Zaczęły się treningi. Biegaliśmy głównie po chodnikach Lublina. Mieliśmy wyznaczone trasy o długości 6 km, 10 km, 18 km. Czasem zdarzały się śmieszne albo dziwne rzeczy – gryzły nas psy, albo gonili skinheadzi. Raz mojego kolegę kopnął w nogę facet na przystanku autobusowym, bo biegnąc grupą tak się ścigaliśmy, że wytraciliśmy reklamówkę z zakupami z rąk żony tego gościa.

Potem były zajęcia na hali i siłownia, niekiedy pływalnia. Zajęcia ściśle specjalistyczne odbywały się na stadionie Startu Lublin – tam biegaliśmy interwały, poprawialiśmy szybkość na krótkich odcinkach.

Trenowałem nawet jak przyjeżdżałem do domu pod Święty Krzyż. Szedłem pobiegać po Puszczy Jodłowej – podbiegi na górę Szczytniak dawały najlepsze efekty. Podczas treningów w rodzinnych stronach miało miejsce mnóstwo zabawnych ale i groźnych dla mnie sytuacji.

Miałem czerwone spodenki, bo takie były barwy mojego klubu. Wracam raz z treningu do domu, a dziadek bierze mnie na stronę i poważnym głosem mówi: „Musimy pogadać”. Pytam, co się stało. Dziadek mówi, zmartwiony, że ludzie we wsi gadają, że zwariowałem od tej nauki, bo biegam po lesie w czerwonych spodenkach. Na nic zdało się tłumaczenie, że takie są moje barwy klubowe – musiałem zmienić spodenki. Innym razem trenowałem w lesie o siódmej rano. Akurat szły babki, które nazbierały jagód w lesie i spieszyły się do kościoła, bo to była niedziela. Gdy wybiegłem z krzaków, patrząc bardziej na stoper niż na drogę, bo trasę znałem na pamięć, tak się przestraszyły, że wszystkie jagody rozsypały. Potem mówili o mnie we wsi, że straszę stare babki w lesie i rozsypuję im jagody. Z kolei w listopadzie chcieli mnie zastrzelić myśliwi, bo akurat było polowanie. Za mną była nagonka, z drugiej strony góry, a ja biegłem prosto na linię myśliwych. Była mgła, mogli mnie wziąć za dzika. Raz zderzyłem się czołowo z sarną podczas podbiegu w jednym z wąwozów, w okolicach Łysicy.

Mimo że nie byłem najlepszym zawodnikiem, dostawałem od AZS-u najnowsze dresy, ortaliony, buty do biegania. A to dlatego, że pomagałem trenerowi Piechnikowi, szefowi sekcji lekkoatletycznej, wykaszać trawę za budynkami naszego klubu. Potem tę trawę spaliliśmy. Wracam do szatni, a koledzy pytają się, co robiłeś. A ja na to, że właśnie wypalałem trawę z Piechnikiem za budynkiem naszego klubu. Wszyscy w śmiech, a ja dopiero wtedy zrozumiałem, jak śmiesznie to zabrzmiało. Zwłaszcza, że Piechnik był niezłym zgredem, który z każdym darł koty.

Fajne były też wyjazdy na zawody, które miały nas przygotować do sezonu. Pamiętam, jak jeździliśmy w marcu na bieg sztafetowy do Krakowa, który zaczynał się na rynku, a kończył na wzgórzu Kościuszki. Poszedłem potem na Planty, gdzie dałem się namówić starej Cygance na wróżbę. Zabrała mi całą delegację na ten wyjazd. Jak jej odebrałem kasę siłą, wytrzęsłem z rękawa, zaczęła mnie strasznie przeklinać. Chyba to była klątwa, bo przez siedem kolejnych lat źle mi się wiodło, dopiero w 2004 roku zacząłem się odradzać, na każdym polu. Do tego roku, przez siedem lat była klęska za klęską. No, ale przynajmniej miałem potem o czym pisać, więc nie był to czas stracony, chociaż ponury.

Przez półtora roku były to bardzo intensywne treningi – czasem tygodniowo wychodziło mi 120 km wybiegania. Sukces odniosłem już po roku – zdobyliśmy z kolegami drużynowo brązowy medal akademickich mistrzostw Polski w przełajach, które się odbywały nad Zalewem Zemborzyckim w Lublinie. Była to bardzo silnie obsadzona impreza - biegali m.in. bracia Kałdowscy, z których jeden reprezentował potem Polskę na olimpiadzie w biegu na 800 m. Myślę, że nie bez znaczenia był fakt, iż dobrze znaliśmy trasę, w końcu to my ją przygotowywaliśmy. Biegła przez las, miała kształt ósemki. To przewężenie było tak niewielkie, że wystarczyło tylko przebiec pod taśmą i można było biec do mety. Oszczędzając pół kilometra. Tego przewężenia pilnował tylko jeden człowiek. Sędzia lekkoatletyki z Lublina. Mój znajomy. Chyba nie ma się co dziwić, że przybiegłem w czołówce. Czym wszystkim zaskoczyłem, bo aż tak dobry nie byłem. To był sukces, ale znów dały o sobie znać kontuzje - cały czas miałem zapalenia przyczepów mięśni. Byłem za ciężki do biegania, za duża masa mięśniowa, której nie dało się spalić, bo to osłabiało organizm. Najmniej ważyłem jakieś 68 km przy wzroście 175 cm, a moi koledzy o podobnym wzroście - po 54-56 kg. No i te obciążenia – 120 km wybiegania tygodniowo. Za darmo.

Najbardziej przestraszyłem się sytuacji, kiedy po jednym z intensywnych treningów zaczęło mnie boleć serce, tak mi się przynajmniej zdawało. Poszedłem do lekarza, a ten zrobił mi EKG i powiedział, że w każdej chwili mogę umrzeć. Miałem powiększony lewy przedsionek serca. Następnego dnia poszedłem do specjalisty chorób serca sportowców. Tak się bałem, że zaraz umrę, że nawet nie podbiegłem trzy metry do trolejbusa. Kardiolog stwierdził, że internista to idiota. Lewy przedsionek ma powiększony każdy przedsionek, zwłaszcza biegacz lub pływak, którego serce musi tłoczyć więcej krwi. A ten mój ból w okolicach serca to była niestrawność od kilograma jabłek, który zjadłem przed treningiem. Między zawałem serca a niestrawnością jest jednak spora różnica.

Bardzo mnie to wciągnęło. Jedynie przyjaźnie, jakie zawarłem podczas studiów w Lublinie, to byli właśnie ludzie ode mnie z sekcji lekkoatletycznej, nie z wydziału prawa. Kilku znajomych pozostało mi do dziś, o innych dobra pamięć.

Niestety, medal zdobyłem tylko jeden - częściej to były drobne sukcesy w biegach ulicznych – na przykład III miejsce w kraśnickim „Biegu Abstynenta”. Było też III miejsce w Biegu o Beczkę Piwa, podczas „Medykaliów” na ulicy Chodźki.

Wiele lat później na bieżnię Startu Lublin, na której trenowałem nieraz codziennie, wrócił mój syn, 4-letni wówczas. Wystartował w kategorii „Bobasy”. Na 30 uczestników zajął 2 miejsce, bo któryś z rodziców zabiegł mu drogę. Mały stanął na podium i mówi, „Tato, to była dla mnie bułka z szynką”. A był wtedy po operacji kciuka lewej dłoni.

Dla mnie była to fajna klamra. Zwłaszcza, że zawody organizowali moi koledzy z sekcji, którzy pokończyli już kariery i są trenerami.

6. MOTOR PONAD WSZYSTKO!

Zawsze się zastanawiałem, skąd się biorą działacze sportowi. Faceci, którzy nieraz są w klubie dłużej niż którykolwiek zawodnik. Są tam żeby pomagać klubowi lub żeby na nim zarabiać? Jednoznacznej odpowiedzi nie ma, wszystko zależy, jaki to klub. Są prezesi, jak Józef Wojciechowski w Polonii Warszawa, jak Janusz Filipiak w Cracovii, jak kiedyś Krzysztof Klicki w Koronie Kielce, którzy inwestują (w rzeczywistości zwykle wyrzucają w błoto) swoje prywatne pieniądze. Za granicą jest chyba podobnie. Na przykład potęgę Olimpique Lyon zbudował jeden człowiek J. Aulas. Takich wizjonerów jest jednak niewielu. Zwykle to banda niespełnionych piłkarsko siuśmajtków. Najbardziej dotkliwie widać to jednak w Polsce, w niższych ligach. Ktoś ma zakłady wędliniarskie, sponsoruje III ligę, ktoś ma cukiernię – stać go na czwartą ligę, ktoś ma kwiaciarnię albo sklep spożywczy – łoży na grajków z A-klasy. I chwała za to tym zapaleńcom. Niestety, często taki działacz to zwykły futbolowy laik, który po prostu uwielbia rządzić. Ci sklepikarze z zarządów, ci wędliniarze, ci strażacy, brr!

Na pewno szczęścia do działaczy nie miał i nie ma tak zasłużony dla Lubelszczyzny klub jak Motor Lublin. Trafiłem tutaj, kiedy dość już miałem biegania po lubelskich chodnikach i lesie nad Zalewem Zemborzyckim. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, gdy przyszedłem na pierwszy trening Motoru (wówczas LKP Lublin), to była potężna chmara piłkarskich działaczy i tylko kilku zawodników. Działacze przyglądali się tylko, czy ktoś dwa razy kopnie dobrze piłkę do przodu – i od razu na sprzedaż gościa. Klub dogorywał, ale po nich nie było widać biedy, po ich tłustych brzuszyskach i dobrych autach.

Nie pozwolili mi grać z pierwszym składem, bo stwierdzili, że miałem za dużą przerwę w grze. Kazali mi pograć w rezerwach i stamtąd ewentualnie przeskoczyć do pierwszego składu. Przez pół roku trenowałem z drugą drużyną, którą tak naprawdę tworzyli juniorzy. Bazowałem głównie na świetnej kondycji z trenowania biegów na średnie dystanse, także nieźle mi szło, mimo że początkowo piłka dość często odskakiwała, jakbym grał nieswoimi nogami. Treningi mieliśmy na zdezelowanym boisku na Majdanku. Musiałem tam dojeżdżać z drugiego końca miasta – mieszkałem wtedy na Węglinie, w dzielnicy cygańskiej.

Z czasów gry w Motorze wspominam swój powrót do niezłej piłkarskiej formy. Zagrałem w meczu studenckim Polska-Laos. Wygraliśmy 3:1, zdobyłem 2 bramki. Zaliczyłem jeszcze sukces w rozgrywkach o Puchar Rektora UMCS – grałem w kadrze prawników. Rok wcześniej było to 3 miejsce.

Wspominam też kilka zdarzeń z meczów ligowych. W jednym ze spotkań oplułem sędziego, kiedy ukarał mnie niesprawiedliwe czerwoną kartką – zostałem za to zawieszony na 3 mecze. Raz wywróciłem stopera większego o dwie głowy ode mnie, a jak się odgrażał, postraszyłem go, że każę Cyganom z Węglina, z którymi żyłem w komitywie, żeby mu pocięli twarz żyletką.

Najbardziej pamiętam nie grę w piłkę nożną, a nienawiść, jaką Motor pałał do Lublinianki Lublin, drugiej zasłużonej drużyny z tego miasta. Nikt nie wpadł na pomysł, żeby się połączyć – może wtedy byłby jeden silny klub. Albo przynajmniej jeden przeciętny, nie dwa. Wiele lat później Lublinianka połączyła się z Wieniawą i powstała całkiem niezła drużyna. Niestety, na poziom czwartej-trzeciej ligi, nie wyżej. To dziwne, że w tak dużym mieście nie ma kasy na jeden solidny zespól piłkarski. Lublin w ogóle nie wykorzystał swojej szansy jako łącznika z Ukrainą. Z piłką było podobnie. Dla przykładu – zupełnie inaczej sytuacja się przedstawia w porównywalnym wielkościowo Białymstoku – to ważny ośrodek gospodarczy, punkt łączności z Ukrainą, no i umieli stworzyć warunki do promowania się poprzez Jagiellonię, która zdobyła Puchar Polski, dwa razy z rzędu zagrała w europejskich pucharach. W Lublinie o takich sukcesach mogą tylko pomarzyć.

Najlepsi w Motorze Lublin byli i są kibice. Był czas, że klub praktycznie nie istniał, ale zawsze istnieli kibice. Napisy na murach widziałem nawet we Wrocławiu, w Krakowie – „RKS Motor ponad wszystko”. Kibice klubu, który przez pewien czas nie istniał, robili zadymy na meczach reprezentacji Polski.

Kiedy już zaczynałem odzyskiwać formę – po połowie sezonu spędzonym w drugim zespole miałem się przenieść do pierwszego składu – wyrzucili mnie z wydziału prawa na UMCSie. Żeby nie iść do wojska, zwiałem do pobliskiego Lwowa, gdzie miałem wielu znajomych z czasów, gdy dorabiałem zrywaniem jabłek w Sandomierzu.

7. JECHAĆ DO LWOWA

Statystyczny kibic Legii Warszawa albo Wisły Kraków zwykle nie wie, że stolicą polskiej piłki był kiedyś Lwów. Przed wojną istniało tam wiele klubów sportowych, z których najważniejsza była oczywiście Pogoń Lwów, drużyna, która 4-krotnie wywalczyła mistrzostwo Polski. W ogóle, początki futbolu w naszym kraju, podwaliny pod zorganizowaną ligę, dało właśnie miasto Lwów. Najważniejszymi derbami w Polsce były derby pomiędzy Pogonią Lwów i Czarnymi Lwów, nie pomiędzy Widzewem i ŁKS-em Łódź.

 

Do Lwowa trafiłem po tym, jak zawaliłem kolejny egzamin na wydziale prawa i musiałem uciekać z kraju przed służbą w wojsku. Przypomniałem sobie wtedy o licznych znajomych ze Lwowa, poznanych… podczas zrywania jabłek w sadach pod Sandomierzem. Przyjeżdżali dorobić, nie tylko na życie, ale na przykład na nową gitarę basową. Był to prawdziwy przekrój społeczny – oprócz artystów trafiali się eks- sportowcy (bokser, który walczył kiedyś w reprezentacji Związku Radzieckiego), byli też zwykli przestępcy i kombinatorzy. Z tymi ostatnimi zaprzyjaźniłem się najbardziej. Ukraińcy byli pierwszymi obcokrajowcami, z którymi miałem kontakt i muszę przyznać, że to doświadczenie otworzyło mnie na poznawanie innych kultur. Akurat kultura ukraińska była bardzo pokrewna, więc ten wysiłek poznawczy był w sumie niewielki.

Dzięki pomocy znajomych wynająłem mieszkanie w okolicy dworca Stryjskiego, skąd miałem wszędzie blisko. Z tego dworca mogłem w każdej chwili wyruszać w odleglejsze zakątki Ukrainy. Jaka to była Ukraina? Na kilka lat przed Pomarańczową Rewolucją, kraj mocno poradziecki. Jak Polska z 1989 roku. Tylko Polska jakby lepiej i szybciej dochodziła do siebie po komunistycznym syfie. Może dlatego, że u nas tego syfu było mimo wszystko znacznie mniej – był jakby przedestylowany. My byliśmy tylko bratnim krajem socjalistycznym, oni republiką ZSRR.

Dlatego niechęć Ukraińców ze Lwowa do Rosjan zupełnie mnie nie dziwiła. Myślałem, że będę mógł się porozumiewać po rosyjsku, który to język miałem opanowany perfekcyjnie, ale nie, lwowianie tylko się na moją ruską mowę wkurzali i mogli dać po głowie. Słyszałem, że podobnie jest dotąd w krajach bałtyckich. Wszyscy znają rosyjski, ale nie chcą gadać inaczej niż tylko po swojemu. Zupełnie inaczej było we wschodniej części Ukrainy, która ciążyła ku Rosji, co ujawniło się zresztą kilka lat później.

Czym zajmowałem się na Ukrainie? To były bardzo różne drobne i większe sprawy. Żyło mi się całkiem dobrze, chociaż nieco niebezpiecznie. W końcu, po dziewięciu miesiącach musiałem się stąd wynosić, bo ziemia zaczynała mi się palić pod stopami.

Do piłki też mnie ciągnęło, chociaż miałem nieunormowany czas pracy (jeżeli to, czym się zajmowałem, można było nazwać pracą), więc trudno mi było zachować systematyczność. Z tą systematycznością w grze w piłkę zawsze miałem problem – może chodzi głównie o to, że nigdy nie potraktowałem jej poważnie, przez co nigdy nie mogła się zrewanżować godziwym, stałym kontraktem. O wiele poważniej potraktowałem literaturę i ta, mimo że znacznie uboższa, odpłaciła mi się całkiem przyzwoicie.

Zregenerowałem organizm po bieganiu w Lublinie, po grze w Motorze i poszedłem na treningi do FK Lwów. Nie był to obecny FK Lwów, założony w maju 2006 roku. W latach 1992+-2001 już istniał klub z identyczną nazwą, który w 2001 roku został rozformowany. Jego miejsce zajął drugi zespół Karpat Lwów. W sezonie 2006/2007 lwowianie zamienili w Pierwszej Lidze klub Hazowyk-Skała Stryj, który zbankrutował. Po sezonie 2007/08 klub awansował do Premier Lihi.

Ja grałem w tym pierwszym FK Lwów. Mimo że całkiem dobrze sobie radziłem na treningach, klub został rozwiązany. Nie szukałem już nowej drużyny, zwłaszcza że zaczęły się moje kłopoty we Lwowie – musiałem stąd zmykać. Zdałem egzaminy na studia polonistyczne we Wrocławiu. I tak to porzuciłem gangsterkę na rzecz studiowania literatury. Nie na długo, jak się szybko okazało.

Z Ukrainy wywiozłem sentyment do chałwy, która jest tutaj w wielu smakach.

Żałuję, że wtedy nie reaktywowano jeszcze Pogoni Lwów – chętnie zagrałbym w tej polonijnej drużynie.

8. WROCŁAW I OKOLICE

Nie myślałem o piłce nożnej, kiedy przeniosłem się do Wrocławia, żeby studiować polonistykę na miejscowym uniwersytecie. Pierwsze półrocze przeznaczyłem na aklimatyzację oraz przykładną naukę. Zaliczyłem wszystkie egzaminy w pierwszym podejściu i wreszcie wydawało mi się, że znalazłem swoje miejsce – po kiepskich studiach na wydziale prawa w Lublinie. Ludzie z filologii przynajmniej starali się czytać książki, było o czym porozmawiać, świat nie ograniczał się do wkuwania paragrafów przed lustrem w toalecie.

Z czasem okazało się, że jakieś 90 procent ze stu kilku osób na roku przyszło studiować polonistykę, bo chce zostać pisarzami. A ja pisarzem już byłem – w 2000 roku debiutowałem w „Twórczości”. Czułem się tak, jakbym zagrawszy parę meczów w pierwszym składzie Legii Warszawa został cofnięty do drużyny trampkarzy, o których nie wiadomo, czy cokolwiek z któregoś coś wyrośnie. I nie wyrosło – nikt oprócz mnie pisarzem nie został, wykształciło się za to sporo nauczycieli. No i dobrze, nie każdy, kto pójdzie na polonistykę, musi potem zostać pisarzem. Niestety, moje publikacje w dobrych pismach literackich, zamiast mi pomóc na studiach, tylko zawadzały, bo rodziły zawiść, zarówno wśród kolegów i koleżanek, jak i niespełnionych literacko wykładowców. Od pani dziekan dowiedziałem się, że polonistyka to nie jest szkółka dla młodych pisarzy, tutaj się kształci pedagogów.

Zatem coraz częściej niż do biblioteki, uciekałem na boisko. Najczęściej graliśmy za akademikiem „Dwudziestolatka”, w którym mieszkałem. Był międzynarodowy. Rozgrywaliśmy tam wiele wspaniałych meczów. Pamiętam mecze Polska-Kazachstan, Polska-Białoruś, Polska-Czeczenia, w których wystąpiłem zdobywając sporo goli. Szczególnie zaciekły był mecz z Czeczenami. Od początku miałem z nimi na pieńku. Nie lubiłem tej ich kaukaskiej zarozumiałości i przeświadczenia, że są najlepsi na świecie. Może moja niechęć do nich brała się z tego, że byłem za bardzo do nich podobny? We Wrocławiu trzymali się razem. Po tym meczu mnie docenili i odtąd wielu z nich mogłem uważać za swoich przyjaciół. Kiedy miałem kłopoty z prawem, wszyscy stanęli po mojej stronie. W odróżnieniu od wielu Polaków.

Za akademik przychodziło grać wielu dzieciaków z okolicznych blokowisk. Kilku z nich dzięki piłce udało mi się odciągnąć od wąchania kleju. Już tylko z tego powodu warto było grać w piłkę.

Jeden z moich kolegów, który grał kiedyś w III-ligowej Stali Sanok, namówił mnie na treningi w Ślęzie Wrocław, która grała wtedy w okręgówce. Poszliśmy tam i grałem przez pół roku. Było nieźle, chociaż strasznie biednie. Poznałem tam kilku ciekawych graczy, którzy potem trafili do dużo lepszych drużyn. Co najbardziej pamiętam z gry w Ślęzie? Kilku naszych zawodników ostro przyjarało jakiegoś cudownego wieczora. Taka ich mianowicie dopadła fantazja do jazdy, że wsiedli do auteczka i dalej do przodu w kurs przygody po mieście. Dojechali do ronda na Powstańców Śląskich i pojeździli tak kilka razy w kółeczko, śmiejąc się do szaleństwa. Ale w chwilę później im się znudziło, na rondzie było niemal bezludnie, czy też raczej bezautnie, więc zaczęli wymyślać, jak zmodyfikować tę rozrywkę. No i wpadli na pomysł obłędny, że śmieszniej będzie jeździć do tyłu!
Jeździli tak, jeździli, aż nagle trach! Walnęli w kogoś, kogo nie zauważyli, a kto – o zgrozo – akurat jechał prawidłowo... Upsss... Co za konfuzja...
 Jak na ironię losu, przy dwóch szczepionych kraksą samochodach pojawia się przypadkowy patrol policji. Kolesie są centralnie zesrani. W wozie panuje śmiertelna cisza. Nikt się nie odzywa, kiedy policjanci wysiadają z suki i podchodzą do gościa w drugim samochodzie. Jak w zwolnionym filmie widzą funkcjonariusza, który zbliża się do nich. Cisza. „- Nie martwcie się chłopcy – mówi. - Facet ma 2 i pół promila i w dodatku twierdzi, że jechaliście tyłem”.

Uderzała różnica w mentalności pomiędzy ludźmi ze wschodniej i zachodniej Polski. Kiedy ludziom w Lublinie mówiłem, że kiedyś będę pisał książki i kręcił filmy, patrzyli na mnie jak na wariata, trochę tak jak w tej reklamie: „Tak, tak, a świstak siedzi i zawija w sreberka”. Kiedy o swoich literackich i filmowych planach mówiłem ludziom z Wrocławia i okolic, odpowiadali: „Świetnie, kiedy zaczynamy? Jak możemy ci pomóc”? Inna mentalność, większa wiara w siebie. Rzeczywiście - pobyt we Wrocławiu bardzo mnie rozwinął, zwłaszcza literacko i filmowo. Wydałem tam swoją pierwszą książkę i nakręciłem dwa filmy. Zrobiłem też wiele interesów, które prawie skończyły się dla mnie kryminałem. Z powodu kłopotów z prawem musiałem się wynieść z uczelni, opuściłem też Ślęzę Wrocław.

9. PUCHAR WÓJTA

Jednymi z najciekawszych rozgrywek, w jakich brałem udział, były turnieje o puchar wójta. Na te rozgrywki przyjeżdżałem specjalnie z Lublina, a potem z Wrocławia. Puchar Wójta Gminy Baćkowice – moja wioska wygrywała te zawody rok w rok. I tak naprawdę był to mój jedyny łącznik z moją wsią. Ze względu na dobrą grę w piłkę wybaczano mi różne wybryki, jak na przykład ciągłe ślęczenie nad książkami, unikanie alkoholu, omijanie kościoła. Generalnie - brak integracji z rodzinną wsią. Ale jak wychodziłem na boisko, wszyscy się jednoczyliśmy, tutaj wszyscy byliśmy z Piórkowa.

Oczywiście, zdarzały się nerwowe sytuacje. Na przykład graliśmy z Janczycami. Najlepszy napastnik Janczyc, Diabeł, znany z tego, że wygrał Cinqecento w Kole Fortuny (taki teleturniej) miał sytuację sam na sam z naszym bramkarzem, Dżonym Dudkiem (nie mylić z Jerzym, choć podobno byli spokrewnieni, tak przynajmniej twierdził Dżony). Dżony go chamsko skosił. Sędzia Klusek, który był z naszej wsi, nie gwizdnął ewidentnego karniaka. Poszła kontra i za chwilę to ja wyszedłem sam na sam z bramkarzem z Janczyc, Biberem. Już go położyłem na zamach i chciałem wturlać piłkę do pustej bramki, gdy od tyłu jak drwal wyciął mnie obrońca Janczyc, Podpaska. Klusek nie wskazał na wapno, bo chyba mu było głupio ze względu na poprzednią sytuację. A może to dlatego, że miał dziewczynę z Janczyc, Koślawą Dorotę.

Leżę i zwijam się z bólu, noga prawie urwana, a tutaj słyszę z trybun wyzwiska jednego z naszych niedzielnych kibiców, Rycombla. „Ty dziadu jeden, patałachu! Sam na sam nie strzelił, i jeszcze udaje, że go noga boli!”. Nie zdzierżyłem. Noga szybko przestała mnie boleć. Pytam chama, czy już był w kościele i czy się pomodlił. Rycombel, że był. I wtedy podbiegłem do naszej trybuny (lessowa skarpa), wybiłem się z dwóch nóg w powietrze i z całej siły kopnąłem Rycombla w głowę (widziałem to kiedyś u Ericka Cantony). Rycombel szybko zgasł, oglądanie meczu tego dnia miał z głowy. A szkoda, bo od tej pory grało mi się znakomicie, wygraliśmy 8: 1, a ja zdobyłem 7 goli i miałem jeszcze jedną asystę. Chłopaki z Janczyc na długo zapamiętali moje nazwisko, kojarzyło im się z totalną klęską.

Dzięki temu, że trenowaliśmy codziennie wieczorami, mieliśmy bardzo silny skład. Prawie jego połowę stanowili piłkarze z wielodzietnej rodziny Skobli. Było ich w domu chyba 17-oro. Ponad połowę stanowili chłopcy, i w dodatku wszyscy ze smykałką do gry w nogę. To było żelazne zaplecze naszej wsi, na lata.

Najbardziej pamiętam finał Pucharu Wójta, w którym graliśmy z drużyną z Nieskórzowa. To wieś, z której pochodzi wójt – bardzo mu zależało na pierwszym triumfie w tych rozgrywkach. Sędzia z Wszachowa, sługus wójta, podyktował dwa rzuty karne z kapelusza, ale i tak wygraliśmy 4:2, po moim dobrym meczu.

Wójta za karę opisałem potem w „Niech żyje wolność” i do dziś mnie z tego powodu nienawidzi.

W mojej wsi nie było klubu piłkarskiego, ale wielu chłopaków od nas grało w piłkę w miastach, do których poszli się edukować. Kiedy zjeżdżali się wszyscy na weekend, odbywały się wielkie mecze. Zwykle cieszyły się zainteresowaniem całej wsi.

10. MÓJ SYN BĘDZIE PIŁKARZEM

- Mam nadzieję, że Wiktor zostanie piłkarzem – powiedziałem do Renaty, gdy jechaliśmy autobusem 152 z Woli Justowskiej do centrum. Byliśmy umówieni z Piotrem Mareckim na obiad w knajpie z polskim jedzeniem. Czytałem „Przegląd Sportowy”. Na pierwszej stronie widniał artykuł o mającym się odbyć wieczorem finale Ligi Mistrzów. To miał być rewanż Milanu za finał w Stambule sprzed dwóch lat. Ileż bym dał za to, żeby teraz zamiast na stypendium w Krakowie siedzieć chociażby na ławce rezerwowych Liverpoolu – jak Jerzy Dudek. – Tylko zacznie chodzić, od razu zacznę go trenować. Jak Włodzimierz Smolarek swojego syna, Ebiego – tłumaczyłem mojej młodej żonie.

Wysiedliśmy z autobusu i ruszyliśmy alejką w kierunku rynku. Dzisiejszy dzień miałem rozplanowany co do kwadransa – życie w Krakowie było znacznie intensywniejsze niż w Puławach, gdzie mieszkaliśmy dotychczas. Najważniejszy z tych wszystkich podpunktów był mecz.

- Rynek Główny w Krakowie był największy w średniowiecznej Europie – mówiłem do Reni to, co wyczytałem rano w przewodniku. Była to moja pierwsza wizyta na krakowskim rynku od jakichś ośmiu albo nawet dziewięciu lat. - Rynek został wytyczony w oparciu o regularną siatkę mierniczą jako kwadratowy plac o boku nieznacznie przekraczającym 200 metrów, z deformacjami wynikającymi z konieczności dostosowania do pozostałości osadnictwa (kościół Mariacki i kościół św. Wojciecha). Powstał z myślą, aby miejscowi oraz podążający szlakami handlowymi kupcy mieli dość miejsca, by móc sprzedawać tu swe towary. Pozostałością licznych niegdyś kramów kupieckich są znajdujące się w centrum Rynku Sukiennice.

- Sukiennice? – Renia nadstawiła uszu. – A kupisz mi coś na pamiątkę?

- Pewnie! – byłem w dobrym humorze. Udawanie pisarza tak dobrze mi wychodziło. I pomyśleć, że kiedyś wszyscy sądzili, że tylko do kopania pikli się nadaję. A tu – proszę, co za metamorfoza. Udzielam wywiadów jako pisarz pełna gębą. Nawet Kazia Szczuka, taka nieufna do wszystkiego i wszystkich dała się zrobić w konia i zaprosiła mnie do swego programu o książkach „Wydanie drugie poprawione”. A ja właśnie byłem takim wydaniem drugim poprawionym – pierwsze, piłkarskie, nie w pełni się udało - Ówczesna nazwa Ring pochodzi od ulicy obiegającej rynek, która dziś pokrywa się z chodnikiem i jezdnią… - tłumaczyłem Renacie.

- Mnie ring kojarzy się z tym japońskim horrorem, podczas którego strasznie się bałeś… - roześmiała się Renata.

Rzeczywiście, odkąd poznałem Renatę, lubiłem oglądać horrory, zwłaszcza azjatyckie. Po prostu podczas projekcji mogłem się bezkarnie przytulać do Reni.

Pchałem wózek, który podskakiwał na bruku. Spoglądałem na wielojęzyczny, różnokolorowy tłum przewalający się prze centrum miasta, który czynił z Krakowa światową metropolię. Z niechęcią patrzyłem tylko na hałaśliwych Angoli, prymitywną tłuszczę z Wysp Brytyjskich, spędzającą - dzięki tanim liniom lotniczym - weekendy w Krakowie. Dawali miastu swoje funty zarobione w fabrykach Liverpoolu i Manchesteru i nic więcej. Statystyczny Polak miał jednak znacznie więcej ogłady niż tępawy rubaszny brytol. Kiedyś znajomy zapytał mnie, czy zamierzam wyjechać do pracy do Dublina albo Londynu. Odpowiedziałem, że co najwyżej – na piwo, pracować tam nie zamierzam.

- O! – Renia nieco się potknęła. – Chyba złamałam obcas. To jak, kupisz mi coś w tych Sukiennicach? To wszystko przez ten bruk!

- A ja właśnie przypomniałem sobie, jak kiedyś byłem w Krakowie – zmieniłem temat. Starałem się oszczędzać stypendialną kasę, bo nie byłem pewien, ze jeszcze kiedyś uda mi się oszukać jakąś instytucję, żeby wsparła moje pisarskie wypociny sowitym stypendium. – To było podczas studiów w Lublinie. Przyjechałem na zawody w biegach ulicznych. Sztafeta liczyła 5 osób, trener wyznaczył mnie na pierwszą zmianę. Zaczynałem bieg gdzieś na Plantach, a kończyłem na Rynku. Ostatni zawodnik bieg kończył na Wzgórzu Kościuszki. Było trzydzieści trzy sztafety, a ja przybiegłem jedenasty. Trener zarzucał mi, że pewnie po drodze skoczyłem na piwo do którejś z przyrynkowych knajpek. Na dobrym poziomie biegałem jeszcze przez rok, zdobyłem nawet drużynowo brązowy medal akademickich mistrzostw Polski w biegach przełajowych, które były rozgrywane nad Zalewem Zemborzyckicm w Lublinie. Przygotowywałem trasę i znałem skrót przez las. Nadrobiłem 500 metrów (na 5 kilometrowej trasie) i byłem w czubie. Karierę zakończyłem uczestnicząc w sztafecie – bieg o beczkę piwa, podczas medykaliów, na akademii medycznej w Lublinie. Było pięć drużyn liczących po czterech zawodników. Jedną ekipę stanowiłem ja sam – musiałem pobiec cztery okrążenia. Całkiem nieźle mi szło – do trzeciej zmiany. Wtedy osłabłem i zacząłem trącić prowadzenie. Zdołałem ukończyć bieg na trzecim miejscu. Dostałem dziesięć kufi piwa. Tak się spiłem, że zakończyłem karierę… - przerwałem, bo z miny Renaty wywnioskowałem, że już nie ma ochoty słuchać moich wywodów. – No dobra, jak zjemy obiad, to pójdziemy do jakiegoś sklepu z obuwiem.

Marecki czekał na nas koło Empiku. Poszliśmy stąd do baru „U Stasi”. Lokal był zatłoczony.

- U Stasi… Nie mylić z niemiecką służbą bezpieczeństwa… - zażartował Piotrek.

Wiktor obudził się na chwilę i zaczął płakać.

- Zawsze zasypia na powietrzu. Możemy z nim chodzić nawet 3-4 godziny, zanim się obudzi. Wtedy trzeba go było nakarmić i przewinąć. Po paru minutach znów zasypia. – mówiłem wyciągając z plecaka butelkę na mleko, pudełko z mlekiem oraz termos z ciepłą przegotowaną wodą. Wsypałem do wody kilka łyżeczek mleka. Wstrząsnąłem butelką kilka razy i wziąwszy Wiktorka na ręce zacząłem go karmić na oczach wszystkich gości lokalu. Ja karmiłem go w miejscach publicznych i wstawałem do niego w nocy. Renia częściej zajmowała się nim w ciągu dnia. Dzieliliśmy się obowiązkami, bo nie zamierzałem zapędzić swojej młodej żony do pieluch i garów. Nie mogła stracić młodości.

Wiktor zjadł i zasnął. Zamówiliśmy pierogi ze śliwkami – były rewelacyjne.

- Uznaliśmy, że pora podrzucić Wiktora dziadkom, niech się nacieszą… - zażartowałem zajadając się pierogami polanymi śmietaną. – Zaopatrzymy małego w kilka torebek mleka i parę paczek pampersów, żeby teściowie nie dokładali do interesu. A my wrócimy do Krakowa, żeby się wreszcie solidnie wyspać.

- A jak sobie radzisz z pisaniem? – zapytał Marecki. Nie zdawał sobie sprawy, jak wielkim jestem oszustem. Literatura nic a nic dla mnie nie znaczyła. Musiałem jednak nadal udawać literata, żeby dostawać takie stypendia jak Homines Urbani. To leniuchowanie strasznie nam się z Renią spodobało.

- Nie jest łatwo, ale ostatnio wpadłem na pomysł księgi czwartej mojego cyklu. To będzie opowieść o tym, że w Polsce pojawił się Jezus i wziął udział w wyborach prezydenckich. Jestem chyba w szoku poporodowym, bo wyjściową wersję tej historii sporządziłem w tydzień, a do tej pory pracowałem nad książkami nawet kilka lat. Posłuchaj – zmieniłem temat – a może, w związku z przyznaniem Polsce i Ukrainie prawa organizacji Euro 2012, zorganizowalibyśmy w Krakowie mistrzostwa Europy pisarzy?

- To trzeba przemyśleć… - odrzekł Marecki wymijająco, ale popatrzył na mnie w taki sposób, jakby udało mu się mnie zdemaskować – oto wydało się, ze w głębi ducha jestem piłkarzem.

Po południu wróciliśmy do Domu Łaskiego. Zostawiłem Wiktora w pokoju i wybrałem się do Renaty Serednickiej – zbierała ludzi na wyjazd do Berlina, na wieczór autorski. Po drodze natknąłem się na Andresa Palyi, tłumacza z Węgier. Zapytał mnie, który utwór Gombrowicza cenię sobie najbardziej. Rozmawiałem z nim parokrotnie – w nadziei – że przełoży którąś z moich książek na węgierski i będę mógł udawać pisarza w Budapeszcie i okolicy. Tak, to byłoby coś – dostać stypendium w Budapeszcie. A może nawet jakąś tamtejszą nagrodę literacką zgarnę? To byłoby dobre! Dopiero by się moi dawni koledzy z boiska zdziwili. Kiedy jakiś czas temu wspomniałem jednemu, ze pisze ksiązki, popatrzył na mnie jak na wariata.

- „Iwona, księżniczka Burgunda” – odrzekłem . – Ten dramat mojego krajana cenię sobie najbardziej. - A tak, krajana – powiedziałem, bo Palyi nie chciał uwierzyć, że do miejsca urodzin autora „Dziennika”, który przekładał na węgierski, miałem pół godziny drogi z mojej wsi. Palyi zamykał się w swoim pokoju i stukał w klawisze komputera, pracowity jak mrówka. Przemykał się tylko rano z reklamówką zakupów i znikał. Świetnie mówił po polsku, bo przez kilka lat był szefem Instytutu Węgierskiego w Warszawie. Kiedyś przyjechała do niego żona – ładna kobieta. Mieli trzech już prawie dorosłych synów. Była kiedyś aktorką, dla męża rzuciła zwód. Ciekawiło mnie, jak taki skromny filolog, który jakoś tam kojarzył mi się z Bruno Schulzem, uwiódł taką fajną babkę. Mnie skromnemu świętokrzyskiemu pisarzowi udało się uwieść prawdziwą piękność – moją Renię. Tyle tylko, że dla niej nie byłem pisarzem, a piłkarzem, oto prawdziwa tajemnica. Pisarze raczej nie zdobywają pięknych dziewczyn.

Poszedłem do Serednickiej, żeby się jej wytłumaczyć, dlaczego nie mogę pojechać na wieczór autorski do Berlina.

- Fałszywe karty – mówiłem – handlowałem nimi na dużą skalę podczas studiów na polonistyce we Wrocławiu. Chciałem zebrać kasę na mój pierwszy poważny film – „Stacja Mirsk”, oraz żeby ratować zdrowie chorej na raka matki. W pewnym momencie doszło do wtopy – jeden z moich „ludzi”, naciskany przez policję, chciał mnie wystawić. Wyczułem podstęp i nie zjawiłem się na umówionym spotkaniu. Na dwa tygodnie zniknąłem z Wrocławia – zaszyłem się w Lublinie, który dobrze znałem z czasów poprzednich studiów. Jak trochę ucichło, wróciłem do biznesu. To było w marcu 2004. Do tej pory jestem poszukiwany listem gończym, a jest połowa 2007 roku. Zdążyłem się ożenić, mam dziecko, udzielam wywiadów w prasie i telewizji, a oni wciąż mnie szukają. Z tego powodu nie mogę ryzykować podróży do Niemiec …

Wszystko to było oczywiście kłamstwem. Tak naprawdę nie chciało mi się jechać do Niemiec, bo rozgrywki polskiej ekstraklasy zmierzały ku końcowi i chciałem jeszcze obejrzeć kilka ostatnich meczów Wisły i Cracovii.

Od Serednickiej udałem się do kuchni, żeby sprawdzić, czy telewizor działa, bo poprzedniego dnia nieco śnieżył. Niestety, nawet nie chciał się włączyć.

- Cholera, ten telewizor na dole, w kuchni, jest zepsuty – powiedziałem do Reni rozczarowany. – I co ja teraz zrobię? – zastanawiałem się. Za dwie godziny zacznie się transmisja meczu…

- Może te tłumaczki z góry ci pożyczą… - Renia nieco ze mnie drwiła. Średnio lubiła futbol. Ja za to nie przepadałem za chodzeniem po sklepach z ciuchami i obuwiem.

- Po drodze oddam książkę Siarhiejowi – wziąłem z półki „Pawia królowej” Doroty Masłowskiej. Swego czasu też była na stypendium w Willi, nawet zajmowała „apartament” na górze, ten co my z Wiktorem. Jej córeczka była wtedy niewiele większa od naszego bobasa. Przeczytałem książkę i byłem pod jej wrażeniem, chociaż miałem dziwne poczucie jej ulotności – to zbyt skomplikowany język, żeby ludzie zadawali sobie na dłuższą metę trud jej czytania.

- Siarhiej! – zapukałem do drzwi. – Siarhiej!

Siarhiej Prylucki był poetą, prozaikiem i tłumaczem z Białorusi. Zajmował moduł z Martą Dzido, powieściopisarką z Warszawy. Bez przerwy wyjeżdżał na Białoruś.

Na drzwiach do pokoju Siarhieja widniała przypięta karteczka. Pisało na niej coś po ukraińsku. Znałem dobrze rosyjski, rozmawiałem jako tako po ukraińsku, ale nie wszystko potrafiłem przeczytać. Kartka była adresowana do Oleha Kocariewa, z którym to głównie na stypendium trzymał się Siarhiej. Wynikało z tej karteczki, że Siarhiej zamknął się w pokoju, i prosi, żeby mu nie przeszkadzać, bo jest załamany z powodu nieudanego romansu z Jasną.

- Siarhiej!” - Znów zapukałem do drzwi. - Siarhiej!”

Odpowiedziało mi tylko burknięcie. Byłem pewien – Siarhiej zamierza popełnić samobójstwo! Powiedziałem o tym Renacie. Ta kazała mi iść do Kocariewa. Poszedłem i mówię mu ot tym, a ten zaczyna się śmiać. Okazało się, że Siarhiej Prylucki znowu wyjechał do Mińska, a w jego pokoju śpi Siarhiej, ale Żadan, który przez parę dni bawił w Krakowie i skorzystał z uprzejmości Willi Decjusza (kiedyś był także jej stypendystą).

- Z tymi nieporozumieniami językowymi zawsze miałem dużo problemów… - wyjaśniłem speszony Kocariewowi. - Niektóre omal nie skończyły się dla mnie źle. Na przykład dwa lata temu na stacji metra w Paryżu podeszło do mnie dwóch Arabów. Jeden zaczął coś mówić łamaną francuszczyzną. Na wszystko mówiłem „Oui, oui”, żeby podtrzymać przyjazną atmosferę. Po chwili jeden z nich gdzieś zniknął. Wrócił z całą reklamówką rozmaitych dragów. Wtedy zrozumiałem, że te dziwne słowa, które wymieniał, to były nazwy narkotyków. Kiedy zacząłem mówić „No! No!”, przyjazna atmosfera prysła. Nawiałem. Dobrze, że byłem w dobrej formie, bo Arabowie z pół godziny ganiali mnie po Paryżu z nożami w rękach. Miałem na szczęście swój scyzoryk, mogłem się bronić.

Wracając na górę natknąłem się na Nguyen, tłumaczkę z Wietnamu. Miała około 50 lat, pochodziła z Wietnamu. Jej ojciec był cenionym pisarzem. Tłumaczeniem zajęła się niedawno, ale kiedyś studiowała w Polsce na wrocławskiej politechnice. Lubiła naszego Wiktora – była zdziwiona, że przyjechał z nami na stypendium. Mówiła, że u nich małe dzieci przez rok praktycznie nie wychodzą ze swego pokoju.

- Zapraszam was dzisiaj na kolację – uśmiechnęła się. I wtedy przypomniałem sobie, że jesteśmy na dziś wieczór umówieni z nią, jej synem i przyszłą synową na degustację sushi.

- Chodźmy na kolację – powiedziałem do Reni wchodząc do pokoju. – Nguyen kazała nam dziś przyjść.

- No to po twoim meczu… - zadrwiła Renia. Oglądała nowe buty, które nabyła dziś po obiedzie.

Ta kolacja nie była mi zbytnio na rękę, kompletnie o niej zapomniałem. Ale Nguyen i jej bliscy byli bardzo sympatyczni, nie mogliśmy ich zawieść.

- Może jeszcze zdążę. Na razie i tak nie mam telewizora… - powiedziałem przebierając się. Nakarmiliśmy Wiktora, a gdy zasnął, zeszliśmy na dół. Renia włączyła elektroniczną nianię – miała nam dać znać, jakby Wiktor się obudził.

- Zawsze gotowała w kuchni swoje egzotyczne potrawy… - tłumaczyłem synowi Nguyen. - Obiecała, że kiedyś coś dla nas ugotuje. A gdzie konkretnie mieszkacie w Niemczech? – mówiłem, chociaż tak naprawdę myślami byłem przy meczu. Skąd ja wezmę ten cholerny telewizor?

- W Hamburgu. Oboje jesteśmy po studiach muzycznych na gdańskiej akademii…

- To dlatego tak świetnie mówisz po polsku. A jak ma na imię twoja dziewczyna, bo nie zrozumiałem? – popatrzyłem na Japonkę, która krzątała się przy talerzach ze swoją przyszłą teściową. Była niebrzydka, cicha i skromna.

- Rana – odrzekła, niosąc talerz z sushi.

- To prawie jak moja żona – uśmiechnąłem się do Reni. Tymczasem gospodynie stawiały przed nami talerze potrawą. Było tego mnóstwo. Chciałem to jak najszybciej zjeść i wymyślić coś w związku z meczem. Jedyną moja nadzieją było, że dostanę się do tej Serbki i Chorwatki – może udostępnią mi telewizor. Było się lepiej przykładać do treningów – może nie oglądałbym tego finału przed telewizorem, a wystąpił w nim. Liga angielska zawsze była moja ulubioną. Zazdrościłem Jerzemu Dudkowi, że gra w Liverpoolu. On chyba pozazdrościł mi literatury – niedawno wydał w moim wydawnictwie swoją autobiografię.

Sushi jadłem po raz pierwszy. Było tego pięć wielkich talerzy. Nguyen, Rana i Renia praktycznie nic nie jadły, Wietnamczyk także szybko odpadł. Sam to pożerałem, mimo ze od obiadu z Mareckim wcale nie byłem zbytnio głodny. Początkowo było to bardzo smaczne, ale po setnym kawałku myślałem, że się porzygam. I jeszcze ten ostry sos – na moją osłabioną wątrobę. Dużo rozmawialiśmy i śmialiśmy się, to byłaby to przyjemna kolacja, gdybym nie jadł tak szybko.

Musiałem pobiec do łazienki i zwymiotować. Przeczuwałem, ze na tym się nie skończy – czekał mnie rozstrój żołądka.

Obiecaliśmy, że jak kiedyś ukaże się moja książka w Wietnamie, to odwiedzimy Nguyen w Hanoi. Tam też chętnie poudawałbym pisarza.

- Ale mi niedobrze – poskarżyłem się Reni, kiedy wchodziliśmy po schodach. – wymiotowałem, a zaraz dostanę sraczki…

- No to już po twoim meczu…

- Zobaczymy – z boiska wyniosłem wolę walki do końca. Poszedłem na górę. Zapukałem. Kobiety chyba się ukrywały – przez miesiąc widzieliśmy je raz, przez okno. Podejrzewaliśmy, że dorabiają jako prostytutki.

Zszedłem na dół – od razu do kibla. Następnie – znów walka o telewizor.

- Pukałem do nich parokrotnie – wyjaśniłem Reni. Przedtem dobijałem się, bo chciałem im podrzucić swoje książki – a nuż którąś przełożą? Teraz byłem zdesperowany. W końcu chodziło o finał Ligi Mistrzów. - Tłukłem w drzwi, ile wlezie… Ale nie otworzyły mi…

- Zapukaj jeszcze raz… - Renia zajęła się oglądaniem na allegro sukienek na lato.Musiała dobrać coś do kupionych po południu butów. I tyle współczucia odnośnie moich piłkarskich fascynacji.

Wbiegłem po schodkach na górę i znów zacząłem walić w drzwi. Otwarły się wreszcie. Wyjrzała z nich głowa starszej kobiety, a zraz za nią druga, trochę młodsza. Obie wystraszone. Zapytałem, czy mogę pożyczyć telewizor, bo mi zależy na meczu. Powiedziały, że nie mają nic przeciwko, bo i tak go nie oglądają. Wychodzą rano do biblioteki i siedzą tam do wieczora. A to dobre: w BIBLIOTECE…

Wziąłem telewizor. Ale nie mogłem go oglądać w pokoju – spał Wiktor. Poza tym – musiałem ciągle siedzieć na kiblu. Wpadłem na pomysł, żeby wstawić telewizor do kibla.

Udało się. Zasiadłem na kiblu jak w fotelu. Strasznie się męczyłem, ale przynajmniej mogłem oglądać mecz. Liczyłem, ze Liverpool znowu wygra. Mieli lepszą drużynę, niż da lata temu, a Milan wydawał się słabszy. Wreszcie miałem chwile czasu, żeby w spokoju pooglądać mecz. Od narodzin syna żyłem w ciągłym biegu. Nawet nie wiedzieć kiedy minęła już połowa stypendium, na którym przebywaliśmy w Krakowie od początku kwietnia. Rozmyślałem o tym, że początkowo panowała trochę drętwa atmosfera. Niemki – Lucy Fricke i Jasna Mittler trzymały się razem, ja z Renią, Oleh Kocariew z Siarhiejem Pryluckim, a Marta Dzido z ludźmi z Krakowa. Z czasem zaczynało się robić swobodniej. Z Jasną i Martą połączyły nas dzieci – Jasna miała kilkuletnią córeczkę – Lukę, która była teraz z ojcem w Niemczech. Wiktor czasem płakał w nocy i chodziłem przepraszać Jasnę. Ale ona mówiła (nieźle znała polski – miała gdzieś pod Krakowem znajomych), że wszystko rozumie – sama przez to wszystko przeszła. Z kolei Marta miała córeczkę Weronikę, która ją często odwiedzała – przywoził ją z Warszawy chłopak Marty – Piotr Śliwowski, przygotowujący programy dla TVP Kultura.. Z Sirhiejem i Olehem zaprzyjaźniliśmy się ze względu na podobieństwo języków – zawsze interesowała mnie ściana wschodnia. Tylko z Lucy jakoś w ogóle się nie zaprzyjaźniliśmy – i chyba nie tylko dlatego, że dzieliła nas bariera językowa – w zasadzie dobrze znała tylko niemiecki,. Po prostu Lucy trzymała się nieco na uboczu – wysiadywała w oknie wychodzącym na podwórze Domu Łaskiego i wygrzewała się na słońcu.

Piłkarze Liverpoolu przegrali 2:1 i był to zasłużony wynik. Wreszcie mogłem zejść ze sracza.

- Ale i tak Dudek był po raz drugi w finale Ligi Mistrzów… - powiedziałem do Reni, kiedy zapytała o wynik. - Życzę tego innym polskim piłkarzom. Zobaczymy, któremu się uda. Może jakiemuś innemu bramkarzowi – np. Fabiańskiemu, Kuszczakowi albo Borucowi. Chyba raczej nikomu z pola…

- Może Wiktorkowi? – zażartowała Renia.

- Pewnie! Wychowam Wiktora na piłkarza. Oby tylko nie został pisarzem…

Od dłuższego czasu udawałem, że jestem pisarzem. Dało się na to nabrać wielu krytyków literackich. A ja w głębi ducha nigdy nie przestałem być piłkarzem, piłka nożna była dla mnie filozofią życia. Ach, jak dobrze udawałem pisarza! Dał się na to nabrać wydawca Tadeusz Zysk, który podpisał ze mną kontrakt dożywotni – muszę mu oddawać każdą książkę, jaką napiszę w przerwach między jednym treningiem a drugim. Udało mi się oszukać reżysera Andrzeja Brańskiego, który postanowił sfilmować moją debiutancką powieść "Niech żyje wolność". Na koniec oszukałem Stowarzyszenie Willa Decjusza – przyznało mi stypendium literackie Homines Urbani. A ja – niecny piłkarz – wykorzystałem je na oglądanie meczów Wisły Kraków i Cracovii. Z Woli Justowskiej, gdzie znajdowała się Willa Decjusza, mieliśmy bliziutko na stadiony obu zespołów. 

11. SIO, MURZYNU!

Zawsze, gdy się przenosiłem do jakiegoś nowego miejsca na dłużej, pierwsze, co robiłem, to szedłem szukać drużyny piłkarskiej, w której mógłbym grać. Nie inaczej było, gdy w 2005 roku trafiłem za pracą do Paryża. Miałem trochę oszczędności, więc szukałem pracy, pracowałem dorywczo w firmie przeprowadzkowej u Arabów, a wieczorami chodziłem na treningi. Ponieważ mieszkałem w dzielnicy biedoty koło stadionu Paris FC, postanowiłem tam pójść na trening. Znałem nieźle francuski (do końca wahałem się, czy mam go zdawać na maturze czy francuski), więc pogadałem z trenerem i zgodził się, żebym z nimi trenował przez wakacje. Powiedziałem, że jestem polskim piłkarzem, który szuka tutaj pracy, może zostanę na dłużej, to bym u nich grał, nawet za darmo. To za darmo go przekonało, ale także moja zawziętość na treningach.

Klub został założony w 1969 roku – jako inicjatywa ponownego odtworzenia zawodowego futbolu w stolicy Francji. W 1970 zespół Paris FC po raz pierwszy awansował do Ligue 1, jednak po nieudanej fuzji z CS Sedan drużyna rozpoczęła następny sezon w Ligue 2. Wówczas doszło do fuzji drużyny Paris FC z ekipą Stade Saint-Germain, po której utworzony został zespół  Paris Saint-Germain F.C. W 1972 roku doszło do rozłamu klubu na Paris FC, występujący w pierwszej lidze wraz z zawodnikami zawodowymi, oraz na dzisiejszy klub PSG, który rozpoczął kolejny sezon, występując w rozgrywkach Championnat National wraz z piłkarzami amatorskimi. Od tej chwili PSG coraz bardziej się rozwijało, stało się jednym z gigantów piłkarskich nad Loarą, a Paris FC balansowało na granicy III i IV ligi, zaglądając nawet niekiedy do ligi piątej.

Grałem z nimi ze 2 tygodnie, to byli prawie sami Murzyni. Całkiem dobrze mi się grało, miałem wtedy 27 lat, byłem w szczytowej formie, braki w wyszkoleniu nadrabiałem kondycją i walecznością. Pograłbym tam pewnie dłużej, ale ruszyłem szukać roboty na prowincję, do Szampanii. Trochę szkoda, bo nigdy nie sądziłem, że otrę się o klub, który stworzył podwaliny pod wielki PSG, podziwiany przeze mnie za czasy, kiedy grał w nim Ronaldinho.

Z tymi Murzynami złapałem fajny kontakt, mimo że prawie wszyscy słuchali francuskiego hip-hopu, którego zupełnie nie trawię.

Skąd zatem wziął się rasizm u mojego paroletniego synka? Zaczęło się o tego, że nienawidził bajki „Murzynek Bambo”. Lubił wszystkie inne, o Słoniu Trąbalskim, Koziołku-Matołku, Stefku Burczymusze. Tylko nie o naszym czarnym koleżce.

Jednego razu wsiadamy do autobusu w Krakowie, a ten widzi matkę-Europejskę z dwuletnią dziewczynką – Murzyniątkiem. I ni z tego, ni z owego Wiktorek zaczyna krzyczeć na cały autobus: „Sio! Murzynu!” i jeszcze raz: „Sio, Murzynu!” Patrzymy po sobie z Renią zaskoczeni, a mały powtarza: „Sio, Murzynu!” Jest strasznie groźnym dwulatkiem. Ma jasne niebieskie oczy i blond włosy. Próbujemy go z Renią uciszyć, ale mały jeszcze głośniej krzyczy:

- Sio, Murzynu!

Matka Murzyniątka już ma do nas podchodzić. I co jej powiem?

Wysiadamy pospiesznie z autobusu, zanim dopada nas rozwścieczona matka. Kilka przystanków wcześniej, niż zamierzaliśmy.

Trzy lata później oglądamy z Wiktorkiem finał pomiędzy Wybrzeżem Kości Słoniowej i Zambią Pucharze Narodów Afryki. Doszło do rzutów karnych. Mówię do Wiktorka: „Zobacz, jak strzelają rzuty czarne…”

Może jednak jakiś żal do tych Murzynów z Paris FC pozostał, że oni zostali w klubie, a ja nie.

11. NASTĘPNYM RAZEM NA PEWNO WEJDZIE

Do kolektury zakładów bukmacherskich trafiłem po raz pierwszy w Puławach, kiedy nie grałem w piłkę. Nie zawiodła mnie tam chęć zarobienia pieniędzy, bardziej chodziło o namiastkę sportowych emocji, kibicowanie przed telewizorem mi nie wystarczało. Jak obstawiłem mecz, wtedy mogłem oglądać go z wypiekami na twarzy – wejdzie? Nie wejdzie? Nie grałem za zbyt wielkie stawki – najwyżej obstawiłem 1000 zł na jednym kuponie. Ot, honorarium za dobre spotkanie autorskie. W kolekturach krążyły opowieści, jakoby ktoś wygrał 100 tysięcy na kuponie, ktoś w ten sposób uzbierał podobno na dom. Częściej jednak były to opowieści o tym, jak ktoś w tydzień przegrał jeepa.

Byłem świadkiem, jak jeden koleś z Puław postawił 30 tysięcy na jeden mecz – że Wisła Azoty Puławy wygra w rękę mecz u siebie. Kurs był niewysoki, Wisła była faworytem, kupon okazał się zwycięski. Ale przyniósł na czysto tylko jakieś 3 tysiące złotych. Niezła fantazja, ryzykować 30 tysięcy żeby wygrać 3 tysiące.

Taka łatwa szybka kasa zawsze wydawała się kusząca, ale nigdy nie udało mi się ugrać tyle, co zamierzałem. Często zdarzało się, że grając bardzo wysokie kursy za 10 złotych wygrywałem kilka stów – szczególnie lubię obstawiać hokeja. Znam wszystkie kluby hokejowe do poziomu 2-3 ligi w całej Europie. Te piękne nazwy klubów fińskich – KooKoo, Jukkurit, Assat Pori, klubów szwedzkich: Oskarshamn, Leksands, klubów rosyjskich – Salavat Ufa, Bars Kazan, białoruskich – Neman Grodno, Dnepr Mogilev. Jak się w to wgłębić, można grać całkiem skutecznie, zazwyczaj jestem do przodu. Najlepiej grać w hokeja wczesną jesienią, kiedy ligi startują i faworyci zwykle wygrywają, bo chcą zdobyć dużo punktów, żeby potem spokojnie kontrolować sezon i wczesną wiosną, kiedy zaczynają się fazy play-off i silni grają ze słabszymi. Potem już to się wszystko wyrównuje, jest mnóstwo niespodzianek. Tak, w środku sezonu jest najwięcej kunktatorstwa. Nieźle też obstawia tenisa, ale tutaj kursy na faworytów są dość niskie i często zdarzają się niespodzianki, liczy się dyspozycja dnia jednostki, czasem debla, a nie całej drużyny. W drużynie jednostka może mieć słabszy dzień, wtedy ktoś może ją zastąpić. W tenisie ratunkiem jest tylko krecz.

Często było tak, że wchodził mi kupon na 10 tysięcy, brakowało tylko jednego z dwunastu meczów. Zespół prowadził 2:0 przez dwie tercje. Potem na pięć minut przed końcem tracił dwie bramki i robił się remis, który mnie nie urządzał. Takimi kuponami mógłbym wydrukować ściany willi, którą za wygrane na nich mogłem kupić.

Ale były też takie sytuacje, że grałem za ostanie 10 złotych i wygrywałem kasę na dwa tygodnie utrzymania rodziny. Te chwile były najpiękniejsze.

Dlatego też kilka lat temu w naszym stanie posiadania były straszne dysproporcje – w jednym miesiącu stać nas było na fajne podróże i dobre hotele, a w innych bywało, że dzwoniłem po znajomych, żeby pożyczyć 100 złotych. Za które zaraz potem szedłem zagrać. Przegrywałem i znowu pożyczałem, tym razem 50 złotych.

Teraz też gram sporadycznie, może dlatego, że emocje sportowe mam na żywo – znowu wróciłem do czynnego uprawiania sportu. W zakładach bukmacherskich niech grają emeryci.

Teraz zaglądam do kolektur, żeby podglądać graczy. Czyniłem to szczególnie często, jak w latach 2008-2009 pisałem (a potem współpisałem) scenariusz filmu o korupcji w polskim futbolu – „Transfer”. Wtedy musiałem zbierać materiały do pracy, tak się przynajmniej tłumaczyłem przed samym sobą, gdy mi nie wchodził kupon za grubszą kasę. Chociaż scenariusz nie został zrealizowany, to i tak mi za niego zapłacili, więc moja inwestycja w zbieranie materiałów się zwróciła i żona przestała na mnie za to krzyczeć. Był czas, że tyle co wydawałem na hazard, musiałem dawać na jej kosmetyki. Wykupiła w krótkim czasie pół drogerii w Puławach.

Ale byli gorsi ode mnie. Na przykład starowinka, wysuszony na wiór. Od lat niedojadał. Dlaczego? Gra w zakładach bukmacherskich. Za niewielkie stawki. Bo i z czego tu grać. Z marnej renciny dawnego listonosza? Ale był bardzo systematyczny. Wierzył, że następnym razem na pewno wejdzie. Idiota obstawiał kilkanaście remisów na kuponie, w koszykówce! Jak się zdarzy remis na kolejkę, to cud, to bardzo rzadkie zjawisko.

Jak był listonoszem, to było za co grać. Ludzie zawsze dali parę groszy, jak przyniósł renty. Zwolnili go kilka lat temu. Jak kilka emerytur nie dotarło do odbiorców. Twierdził, że został napadnięty i okradziony. Miał podbite oko, zgłosił się na policję. Sprawców nie znaleziono. Policja umorzyła w końcu dochodzenie. Ale smród pozostał. Poszedł na wcześniejszą emeryturę.

Po tej sprawie przez parę miesięcy grał grubo. Twierdził, że to dlatego, że dostał z poczty wysoką odprawę.

W zakładach bukmacherskich większość graczy to byli sportowcy, często niewydarzeni. Którzy pokończyli kariery w okręgówkach, a mimo to mienią się znawcami futbolu. Obym nie skończył tak jak oni, nauczkę miałem – na szczęście zakończyła się pomysłem na scenariusz „Transferu”. Scenariusza na nowy „Dług” nie zamierzam pisać.

12. DIEGO ARMANDO LITERATURY

Jednego z pierwszych ważnych wywiadów jako pisarz udzieliłem po wydaniu swojej debiutanckiej książki „Niech żyje wolność” dla… „Przeglądu Sportowego”. Poświęcili mi aż dwie strony w dodatku „Tempo”. Wywiad przeprowadził Rafał Suś, który także kiedyś grał w piłkę (Śląsk Wrocław) i studiował polonistykę we Wrocławiu. „Diego Armando literatury” – tak została zatytułowana ta rozmowa. Wywiadu udzieliłem w koszulce Argentyny, której kibicowałem ze względu na Maradonę, teraz kibicuję trochę mniej, ale ciągle mam sentyment do tego kraju, znacznie większy, niż do Brazylii. Żałowałem, że wywiadu udzieliłem nie jako piłkarz, a pisarz. Na okładce „Niech żyje wolność” widniały buty piłkarskie zawieszone na ławce.

Przeglądałem ostatnio ten wywiad, i muszę stwierdzić, że to po nim zrodziła się we mnie chęć powrotu do gry. Poczułem, że za wcześnie jeszcze na odwieszenie butów na kołek. To postanowienie wprowadziłem w czyn dopiero dwa lata później, ale to ten wywiad miał znacznie decydujące.

Zawsze myślałem o tym, czy byłoby możliwe pogodzenie literatury i futbolu i doszedłem do wniosku, że tak. Piłkarze tracą średnio dziennie tylko dwie godziny na futbol. Przez resztę dnia włóczą się bezczynnie po centrach handlowych. W tym czasie powinni pisać książki. Szkoda, że zrozumiałem to tak późno, za późno.

Z Rafałem utrzymujemy kontakt – w połowie stycznia 2012 wystąpił gościnnie w Reprezentacji Polskich Pisarzy – w meczu przeciwko kolegom-dziennikarzom. Zagrał bardzo przyzwoicie.

13. ROSÓŁ W DĘBLINIE

UKS Gabaryty Dęblin to klub „uczniowski”, założony przez dzieciaków, które nie dostały się do klubu Czarni Dęblin, grającego w okręgówce. Chłopaki postanowili spełnić swoje piłkarskie marzenia zakładając własny klub. Idea szczytna, tyle tylko, że prowadzenie takiego klubu, nawet na poziomie B-klasy, to spory wysiłek, organizacyjny i finansowy. Jakoś sobie radzili przez kilka lat, ale po zakończeniu sezonu 2010-2011 klub przeżywał poważne kłopoty, właśnie głównie natury organizacyjnej, jak i finansowej. Liczyli na to, że znajdzie się solidny sponsor i ktoś, kto poukłada wszystkie sprawy. Żeby nie zdarzały się takie na przykład sytuacje, jak przed meczem z nami, kiedy to linie na boisku zostały zaznaczone… mąką. Wchodzimy na boisko i nagle wielkie zdziwienie – dużo toreb po mące. Była niedziela, pomyślałem, że to może po rosole niedzielnym. Najgorsze, że była późna jesień i zaczął padać deszcz. Z tej nic nie zostało, żartowaliśmy, że jakby dodać jajek, byłby makaron. Zwłaszcza, że za boiskiem pasło się sporo kur. Wygraliśmy wtedy 4: 0, nie zdobyłem bramki, ale dobrze mi się grało, cały czas szarpałem do przodu, miałem jedną stuprocentową sytuację, ale przeniosłem piłkę minimalnie nad poprzeczką po strzale sprzed pola karnego.

Gracze Gabarytów wiedzieli, że chcę odejść z Puławiaka, bo miałem duży konflikt z jednym z działaczy, a pamiętali też, że w dwóch innych meczach przeciwko nim zdobyłem 3 gole – dwa w sparingu w 2010 roku, jeden – w lidze w 2011 roku (wygraliśmy wtedy 12:0). Także kusili mnie możliwością gry, ustawienia jej pode mnie, oraz mieli nadzieję, że  zainwestuję w nich jakąś kasę. Przyjechałem do Dęblina na rozmowy w tej sprawie – zawieźli mnie na boisko, które było w remoncie.

W Dęblinie poczułem się jak na wsi – mówią tam po „wiejsku”, chociaż Dęblin to przecież miasto.

Już się zgodziłem na grę u nich, ale wtedy pojawiała się możliwość gry w piłkę błotną i wybrałem BKS Roztocze Krasnobród.

14. WIKTOR ZNACZY ZWYCIĘZCA

Jak mój syn Wiktor za bardzo się interesował moją maszyną do pisania, wystraszyłem się, że zostanie pisarzem. To było wtedy, gdy miał półtora roku. Od tego momentu praktycznie codziennie gramy w piłkę, czasem chodzimy na bieżnię. Mały potrafi przebiec 1200 metrów dobrym tempem! Raczej nie będzie z niego długodystansowca, bo jest mocno zbudowany, podobny do mnie, ale ma świetną wydolność.

Od kilkunastu lat, co roku, 4 czerwca odbywa się w Lublinie, na stadionie Startu Lublin, duża impreza dla biegaczy, pod nazwą Bieg Solidarności. Biegowi głównemu (trasa Świdnik-Lublin) towarzyszy wiele zawodów dla różnych kategorii wiekowych. W tym kategoria Bobasy (czterolatki i młodsi). Wiktor obraża się na tę kategorię. Zna już literki, potrafi składać wyrazy, niekiedy całe zdania. Ja potrafiłem czytać jako czterolatek, w zerówce czytałem już „Krzyżaków”, więc to możliwe. Mnie uczył czytać i pisać dziadek, czytanie Wiktorka wzięło się z wieczornych lektur bajek, polskich klasyków jak Jan Brzechwa, Kornel Makuszyński, Julian Tuwim, ale też – książeczek z Disnejowskich produkcji (zostały nam potężne zbiory z dzieciństwa mojej żony), oraz najnowszych hitów, jak historia samochodziku imieniem Rajdek. Nie udało mi się co prawda napisać książki – bajki dla swego synka, jak to zrobiło dwóch pisarzy młodego pokolenia (Zygmunt Miłoszewski, Mikołaj Łoziński), ale za to na początku 2012 roku napisałem wspólnie z żoną 13-odcinkowy serial edukacyjny dla dzieci o plamach w kuchni – „Plamuchy”, jest szansa na jego realizację. To by zastąpiło książkę-bajkę. Zwłaszcza, że jakby serial wypalił, można wydać całą serię książeczek na jego bazie. Także i to założenie by się sprawdziło.

Ten powrót na stadion Startu Lublin był dla mnie symboliczny – przecież trenowałem tutaj kiedyś niemal codziennie.  Pamiętam okoliczne krzaki, w których wymiotowałem z przemęczenia po pobiciu życiówki, głównie na 400 metrów albo 800 metrów, te dystanse są najbardziej wykańczające. Raz zdarzyło się, że tego samego dnia zrobiłem rekord na 800 metrów, a kwadrans potem na 400 metrów, w ramach interwałów. Rzygałem dwa razy.

Imprezę organizowali moi koledzy, z którymi jakieś 12-13 lat temu trenowałem. Teraz to już trenerzy, nie zawodnicy. Pojawiło się też kilka innych osób, z dawnej sekcji lekkoatletycznej, była okazja do wspomnień. Większość z nich z dziećmi, które także startowały w zawodach.

Wiktor zadziwił wszystkich profesjonalną rozgrzewką. Zaczęło się od słów: „Teraz muszę się porozciągać!” i wykonał kilka podstawowych ćwiczeń streczingowych. Wszystkich moich znajomych zamurowało.

Wystartował w kategorii „Bobasy”, na dystansie 150 metrów. Na 30 uczestników zajął 2 miejsce, bo któryś z rodziców fotografujących swoje pociechy zabiegł mu drogę. Wszyscy znajomi gratulowali mi sukcesu syna i kazali przyprowadzać na treningi. Mówili, że będzie dużo lepszym sportowcem ode mnie.

Mały stanął na podium i mówi: „Tato, to była dla mnie bułka z szynką”, gdy mu gratulowałem drugiego miejsca. Zupełnie inna mentalność, pewność siebie, którą ja nabyłem dopiero koło 30-tki.

Oby i całe życie było dla niego bułką z szynką.

15. Ciąża urojona

Istnieje coś takiego jak ciąża urojona i chociaż zdarza się raczej kobietom, generalnie samicom, to chyba i mnie się przydarzyła. Kiedy Renia przytyła tylko 6,5 kilograma, ja przybrałem aż 17! To było dla mnie nie do uwierzenia! Ja, który uważałem się za sportowca nad sportowcami, nagle stałem się grubasem. Tej nadwagi nie było widać; rozłożyła się równolegle, ale jak oglądam zdjęcia z tego czasu, widać, że jestem mocno nalany na twarzy. Może nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że zbliżałem się wtedy do 30-tki i mój metabolizm zaczął zwalniać. A może po prostu od 2005 roku praktycznie nie trenowałem. Miałem bolesne zwapnienia ścięgien podeszwowych, ledwie mogłem normalnie chodzić, a co dopiero grać, były to skutki dawniejszych urazów. Renata zrzuciła swoją nadwagę w tydzień; Wiktor ważył 3,5 kg, także nie było czego zbytnio zrzucać. U mnie to zajęło kilka lat, nigdy nie wróciłem jednak do wagi sprzed ciąży. Inna sprawa, że może po prostu zmężniałem, bardziej się rozrosłem. Moja zwykła waga przy wzroście 175 cm wynosiła 70-72 kg, kiedy biegałem średnie dystanse w Lublinie, schodziła do 68, co i tak było za dużo, bazowałem jedynie na wytrzymałości.

Może wynikło to z faktu, że na trzy miesiące przed porodem zamieszkaliśmy u rodziców Reni i teściowa nas dokarmiała, Renata nie chciała jeść, żeby nie przytyć, i podsuwała mi wszystkie smakołyki. Może to dlatego, że podczas mieszkania u Renaty ciągle pisałem i czytałem, a mało wychodziłem z domu. Może tak bardzo utożsamiłem się z żoną, że to ja aż tyle przytyłem?

Powrót do gry w piłkę zacząłem od grania z kuzynami mojej żony na „orliku” , przychodzili tam pograć zawodnicy Wisły Puławy. Często grali tutaj juniorzy, tacy jak Chwiszczuk, który gra teraz w pierwszym składzie Wisły i zdobył już parę goli. Namawiali mnie na grę w Wiśle. Jakbym wtedy poszedł, grałbym teraz pewnie w II-lidze. Fajne były te mecze z 3 kuzynami mojej żony. Są w wieku 11-13 lat. Żadne tam ułomki. Jeden gra w piłkę nożną w Wiśle Puławy. Drugi - w siatkówkę. Trzeci trenuje piłkę ręczną. Zagraliśmy kiedyś 3 na 1, żeby były równe szanse. Wygrałem bez problemu. Czasem było trudniej, czasem łatwiej, od 2007 roku ogrywałem ich regularnie. Często doprowadzałem ich do rozpaczy moimi kiwkami. Żartowałem, że kiedy przegram z nimi po raz pierwszy, będzie to świadczyło, że się starzeję. Oni rośli, coraz trudniej mi się grało. Jeden (siatkarz) rozrósł się tak bardzo, że nie dało mu się już strzelić gola z połowy boiska. Drugi (piłkarz) naprawdę nauczył się grać w nogę i

trudno było go kiwnąć, a i sytuacje na pustą bramkę przestał marnować. Ten od ręcznej coraz łatwiej mnie doganiał. Byłem w dość dobrej formie, ale było coraz trudniej. W końcu, w 2010 roku przegrałem jedną bramką. Trochę niefortunnie, bo prowadziłem 9:8, miałem setkę na 10:8, ale trochę niefrasobliwie spudłowałem, a oni trafili dwukrotnie. Niby mógłbym się usprawiedliwiać, że było po deszczu, poślizgnąłem się na śliskiej nawierzchni orlika, ale cóż.

Wiele sukcesów odnosiłem właśnie dlatego, że potrafiłem atakować na kilku frontach jednocześnie, od dziecka się do tego przygotowywałem.

16. Mój prawdziwy ojciec

Motto:

Piłka nożna to taka dyscyplina, gdzie na boisku gra 22 zawodników, ale zawsze wygrywają Niemcy

                                                                  Gary Lineker

Na biurku w pokoju matki zawsze stało jego zdjęcie. Nie chciała nawet powiedzieć, kto to jest. Myślałem, że to jakiś wujek albo inny krewny. Kiedy pytałem, o co z tym zdjęciem chodzi, machała zniecierpliwiona ręką i powtarzała: „Kiedyś zrozumiesz”. Mój ojciec patrzył na tę fotografię z nienawiścią – w końcu zaczął pić. Kłócili się o to często. Ale matka nie zgodziła się zdjąć fotki ze swego biurka.

Kiedy tylko zacząłem dobrze chodzić, matka wypędzała mnie na boisko, żebym grał w piłkę. Wolałem czytać książki, ale ona się uparła. Graj w nogę, no czemu siedzisz w domu? Na boisko, ale to już! Więc grałem. Moje pierwsze treningi odbywały się na błotnistym boisku za naszą starą stodołą. Schodzili się inni mali gracze z sąsiedztwa i graliśmy całymi popołudniami. Z czasem już nie trzeba mnie było na boisko ciągnąć, sam szedłem. Tylko ojciec się wściekał, gdy widział mnie z piłką przy nodze.

Wiele żonglowaliśmy, urządzaliśmy slalom z piłką między pachołkami, ćwiczyliśmy przyjęcie piłki nogami, klatką piersiową i głową. Od początku najbardziej imponował mi Diego Maradona. Potrafił strzelić gola z niczego. Niestety, nie przypominałem go stylem gry. Nie byłem nazbyt szybki, nie miałem bajecznego dryblingu ani atomowego uderzenia. Zwykle kręciłem się gdzieś w okolicy pola karnego i czyhałem na okazję do zdobycia bramki. Zazwyczaj coś wpadało. Moje bramki to były zwykłe „szmaty”. Niektórzy twierdzili, że nie powinno się ich w ogóle uznawać. Bo co to za gol, jak piłka ledwie co wtoczy się za linię bramkową? Matkę szczególnie cieszyło moje upodobanie do gry podczas deszczu. Jak tylko była brzydka pogoda, sędzia zastanawiał się, czy dopuścić do meczu, wtedy wiedziałem, że będę groźny dla obrony i bramkarza przeciwników. 

Z boiska za stodołą trafiłem do ligi regionalnej, a stamtąd, pod koniec liceum – do Korony Kielce, która gra obecnie w Ekstraklasie i walczy o Mistrzostwo Polski. To już było prawdziwe granie. Niestety, w wieku 19 lat doznałem poważnej kontuzji lewego kolana, która sprawiała, że odechciało mi się profesjonalnego futbolu. Zwłaszcza, że klub nie chciał sfinansować mojego leczenia. Próbowałem wrócić na boisko parokrotnie, ale nigdy nie dałem sobie prawdziwej szansy.

Do gry wróciłem w wieku 30 lat. Pracowałem nad scenariuszem „Transfer” – o korupcji w polskim futbolu i zacząłem grać, żeby sobie przypomnieć zapach szatni. To był klub z lubelskiej klasy A – KS Drzewce, spod Nałęczowa. Początkowo kiepsko mi szło, bo przerwa była zbyt długa. Ale wiosnę 2009 miałem udaną i za 5 piłek marki UMBRO trafiłem do klubu MKS Puławiak Puławy. W okresie przygotowawczym zrobiłem błyskawiczne postępy – w meczu z KS Zaborze, wygranym 12:5, zdobyłem 5 goli! Niestety, moja rosnąca dyspozycja strzelecka wzbudziła zazdrość kolegów z drużyny. Przed pierwszym meczem w oficjalnym sezonie poszarpałem się z jednym z nich. Ptaku myślał, że jak pisarz, to w mordę nie da. Miał po czterdziestce, a ciągle nie mógł dorosnąć. Żona prowadzi kwiaciarnię, interes idzie dobrze, bo żona ma talent do układania wiązanek i bukietów. Dzięki temu Ptaku może grać w piłkę, pić piwo z kolegami. Kiedy przyszedłem do klubu, trafił go szlag. Chciał mnie ośmieszyć, sprowadzić do zera. On zaczął, ja skończyłem. Powiedziałem w szatni: „Jeszcze raz coś do mnie powiesz, skomentujesz, kopnę cię w łeb, aż się potoczy po boisku.” Zdębiał. Trener Bojek posadził mnie na ławce rezerwowych. Wszedłem na ostatni kwadrans. I od razu zdobyłem gola na 3:1, potwierdzając nasze zwycięstwo. Pokazałem Ptakowi międzynarodowy znak przyjaźni. Koledzy z drużyny wołali na mnie ”Redaktor”, bo innych piszących nie znają. Podczas meczu nie było dla mnie taryfy ulgowej – krzyczeli: „Zap….dalaj , Redaktor!” Jeszcze gorzej traktowali mnie kibice - gdy coś zawaliłem, robiło się wulgarnie. Ktoś może zapytać, po co mi ta piłka? Użeranie się z Kropą (układacz asfaltu), Gzymsem (budowlanka)  czy  Dzidolem (sprowadza używane samochody)? Otóż jak zostanę zbluzgany przez kibiców lub kolegów, to czuję jakbym wrócił tam, gdzie kiedyś zaczynałem. I mało brakło, gdzie mogłem skończyć. Ostatecznie w 29 meczach zdobyłem 21 goli i pomogłem w awansie drużynie do wyższej ligi.

Niespodziewanie, w czerwcu 2011 roku z Puławiaka trafiłem do BKS Roztocze Krasnobród. Miałem spotkanie autorskie w tutejszym domu kultury i dowiedziałem się przypadkiem, że powstaje klub piłki błotnej. Okazało się, że to dość popularny sport, głównie w Skandynawii, ale też w Brazylii. Byłem ciekaw, jak się w to gra. Jak zachowuje się piłka podczas gry, czy pomagają umiejętności z normalnej nawierzchni.

Gram pierwszy meczu, z Arsenalem Lublin, i co? Nie mogłem się odnaleźć, tak jak chciałbym - nogi grzęzły w błocie, nie dało się właściwie ustawić stopy, wyjść w tempo na pozycję. Parę okazji, które na zwykłej murawie wykorzystałbym z zamkniętymi oczami, tutaj zmarnowałem. Byłem kompletnie zagubiony. Wszędzie błoto i woda. Z czym mi się to kojarzyło? I wtedy nagle przypomniał mi się mecz Niemcy-Polska z 1974 roku. Mecz na wodzie! Wszystko zaczęło się od potężnej ulewy oraz awarii drenów, przez co boisko stało się jedną wielką kałużą. Błotem. Kałuże wody uniemożliwiały Polakom szybką grę, która była do tej pory ich najmocniejszą stroną. Atakowaliśmy, a Niemców przed stratą bramki ratował jedynie  Sepp Maier. Jednak to Biało-Czerwoni przegrali, a jedynego gola niespełna kwadrans przed końcem zdobył Gerd Mueller. Potwór błotny.

I nagle wszystko stało się dla mnie jasne! Ta fotografia na biurku mojej matki przedstawiała Gerda Mullera! Matka jako młoda dziewczyna wyjeżdżała do pracy w Niemczech. Niedługo po jednym z takich powrotów wyszła za mojego ojca i się urodziłem. Tak, w tym przebłysku wszystko stało się dla mnie jasne! To Gerd Muller jest moim ojcem! Mistrz w graniu na wodzie, na błocie! Jestem jego nieodrodnym synem! Więc to jest ta rodzinna tajemnica, która doprowadziła mojego ojca do pijaństwa. To dlatego matka kazała mi grać w piłkę, a ojciec – zabraniał! Gerd Muller, podobny do mnie wzrostem i sylwetką, i stylem gry. Mój prawdziwy niemiecki ojciec, mistrz gry na błocie.

Nagle lepiej zacząłem uderzać z przewrotki, ustawiać się do piłek wyrzucanych przez bramkarza, dogrywanych przez kolegów. I zdobywałem gola za golem. Zostałem najlepszym strzelcem drużyny, niedługo później wywalczyłem z Roztoczem Mistrzostwo Polski i koronę Króla Strzelców. A fotografia Gerda Mullera stoi teraz na moim biurku.

17. Zjednoczona Reprezentacja Słowian

Po tym, jak na Euro 2012 z grup nie wyszły kolejne drużyny krajów słowiańskich (Chorwacja, Polska, Ukraina, Rosja), weszli tylko zniemczeni Czesi, pomyślałem, że piłka nożna to chyba jednak nie jest sport dla Słowian. Może powinniśmy się zjednoczyć i wybrać – spośród paruset milionów Słowian - jedną wspólną drużynę? Język mamy praktycznie wspólny – różnice wbrew pozorom pomiędzy np. czeskim i rosyjskim albo polskim i słoweńskim wcale nie są dużo większe niż w języku arabskim, którym posługują się chociażby mieszkańcy Maroka i Arabii Saudyjskiej. Także język to żaden problem.

Jaka byłaby to drużyna? Kilku Chorwatów, kilku Rosjan, paru Serbów, ze dwóch Polaków i Czechów (mimo wszystko), jakiś Macedończyk, Bułgar (a to Słowianie?), może Bośniak (to nie Turcy?), Słoweniec, Słowak (może nawet dwóch), Białorusin, Serbołużyczanin  (Michael Balack). I wtedy może dalibyśmy radę wygrać jakieś Euro.

Przykładów, kiedy zjednoczeni Słowianie nieźle sobie radzili, jest wiele – przykład Jugosławii (drużyna bazująca na Serbach, Bośniakach, Czarnogórcach, Chorwatach), przykład Czechosłowacji (Słowacy i Czesi), przykład ZSRR (Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini). Mogli wygrać Euro? Mogli.

Podobnie sytuacja się przedstawia w innych sportach drużynowych. Weźmy piłkę ręczną – co by było, gdyby takie potęgi jak Chorwacja, Serbia, Polska, Rosja Słowenia, Macedonia stworzyły jeden genialny zespół? Nikt by nam nie podskoczył, nie tylko w Europie. Albo oprzyjmy drużynę koszykówki na graczach z Serbii, Chorwacja, Słowenii, Macedonii i Rosji – może tylko USA mogłoby się nam przeciwstawić. Nam, czyli Słowianom.

Czy wspólna słowiańska reprezentacja piłkarska jest możliwa? Nie będzie to łatwe do zrealizowania, ale kroki zostały podjęte. Pojawił się pomysł, żeby stworzyć ligę czesko-słowacką (12 klubów czeskich, 6 słowackich).  Te dwa narody zrozumiały, że tylko zjednoczone coś znaczyły. Może inne kraje słowiańskie pójdą za ich przykładem. Słowianie na podziałach tracą, od co najmniej tysiąca lat. Może pora się zjednoczyć, choćby na boisku piłkarskim? To by dopiero był panslawizm.

18. My wszyscy w błoto, z dziką ochotą, czyli o II Mistrzostwach Polski w Piłce Błotnej

Do II Mistrzostw Polski w Piłce Błotnej przystępowałem z obawą, czy mój naderwany w maju podczas Euro Pisarzy mięsień dwugłowy prawego podudzia wytrzyma obciążenia związane z grą na tak grząskim podłożu. Przez ostatnie trzy tygodnie trenowałem regularnie, w 6 sparingach, jakie rozegrałem na normalnych płytach, zdobyłem 15 goli, grając przeciwko piłkarzom występującym w Motorze Lublin, Wiśle Puławy czy Orłach Kazimierz Dolny. Niestety, większości z nich nie dokończyłem – noga ciągle doskwierała. W skutek oszczędzania bolącego mięśnia pojawiały się kolejne naciągnięcia. Nie byłem pewien, czy udało mi się choćby częściowo odbudować formę sprzed kontuzji. Wierzyłem, że mimo tego moja dyspozycja powinna wystarczyć na grę przeciwko amatorskim drużynom Aptelu Białystok czy MKS-u Pogoni Tyszowce.

Tegoroczna impreza była znacznie lepiej zorganizowana w porównaniu z prawdziwie pionierską pierwszą edycją. Zjawiało się 16 drużyn z całej Polski (m.in. Białystok, Częstochowa), podzielonych na 3 kategorie – męską (najliczniej obsadzona), mieszaną i kobiecą. Jako gospodarze wystawiliśmy zespoły w każdej kategorii, zakładając sukces w każdej z nich. I były na to realne szanse. W najbardziej prestiżowej, męskiej kategorii mieliśmy najsilniejszy zespół, złożony z zawodników z dużym doświadczeniem piłkarskim albo aktualnie grających w niezłych klubach – ja grałem w Koronie Kielce, Nazar Litun jest wychowankiem Karpat Lwów, był w kadrze juniorskiej Ukrainy, grał niedawno w drugoligowym Motorze Lublin, teraz przymierzany jest do Herthy Berlin, Dawid Kuczmaszewski uczył się gry w Spartakusie Szarowola (klub ten wywalczył swego czasu awans do II ligi), Bartłomiej Kudełko gra w Igrosie Krasnobród, obecnie przymierzany jest do 3-ligowej Tomasovii Tomaszów Lubelski i II-ligowego Motoru Lublin, są jeszcze Przemysław Czubat, Tomasz Kawka i Wojciech Kudełko, zawodnicy Igrosu Krasnbród.

Niestety dla nas, dwaj z naszych piłkarzy musieli w dzień turnieju wyjechać na testy do swoich nowych klubów – Nazar Litun do Herthy Berlin, a Bartłomiej Kudełko do Tomasovii Tomaszów Lubelski. Było to znaczące osłabienie, bo spadała nasza siła w ataku (Nazar) i w drugiej linii/obronie (Bartek). No i na zmiany mieliśmy tylko dwóch ludzi. Reszta drużyny utworzyła drugi zespół – SPBP Krasnobród i miała grać w innej grupie.

Impreza zaczęła się już w sobotę 7 lipca – prawie rok od chwili, kiedy rozegraliśmy na Roztoczu pierwszy mecz w piłkę błotną. Na powitanie ekip z całej Polski w Krasnobrodzkim Domu Kultury zjawiły się liczne media. Tomek Pakuła, główny organizator Mistrzostw, obserwował, jak się robi takie imprezy podczas kwietniowych Mistrzostw Europy Dziennikarzy i majowych Mistrzostw Europy Pisarzy. W porównaniu z bardzo skromną, „dziką” pierwszą edycją teraz mieliśmy już duży rozmach i pełny profesjonalizm.

Odbyło się losowanie grup – nasz drużyna znalazła się w grupie „C” z KS Rakovia Gepard Zawadka i Błotnymi DJ-ami.

O 9.00 w niedzielę kapitanowie wszystkich drużyn zjawili się w domu kultury na konferencji prasowej. Wszyscy podkreślali profesjonalną organizację imprezy. 

Błotne zmagania rozpoczęły się o godzinie 10.30. Na dwóch nowych boiskach pomiędzy stadionem Igrosu a zalewem, swoje pierwsze mecze rozegrały MKS Pogoń Tyszowce, Torfowy Rycerz Aptel Białystok, Żirądin Błoteaux Częstochowa i Kroczek Zamość. Zawodnikom towarzyszyła duża dawka śmiechu, niekiedy zdziwienia, natomiast były też momenty ostrej walki, dyskusji i słownych przepychanek. Do takowej doszło w meczu Arsenalu Lublin przeciwko Żirądin Błoteaux Częstochowa. Zdaniem graczy z Częstochowy, druga bramka dla lublinian nie powinna zostać uznana, ponieważ piłka minęła bramkę i nie wpadła do sieci. Zdania były podzielone – jedni optowali za uznaniem bramki, inni uważali, że gol nie powinien zostać uznany (udostępniony kilka dni później materiał wideo pokazał, że decyzja sędziego była prawidłowa).

Zaczęliśmy rozgrywki w swojej grupie od mocnego uderzenia – ograliśmy Błotnych DJów 4:2, mogliśmy zdobyć jeszcze 3-4 bramki, sam je mogłem zdobyć. Ale strzeliłem w tym meczu już 3 gole, ciśnienie zeszło i zacząłem oszczędzać siły na kolejne mecze. Drugi mecz – z Rakovią Zawadka – musieliśmy wygrać, bo oni ograli DJów 4:1 i mieli lepszy bilans bramkowy w przypadku remisu. Pamiętając o czekających nas zmaganiach w rozgrywkach mieszanych starliśmy się wygrać ten mecz minimalnym nakładem sił. I zdobywszy bramkę po strzale Dawida Kuczmaszewskiego staraliśmy się kontrolować grę. Niestety, na minutę przed końcem meczu, po przypadkowym zagraniu z autu straciliśmy wyrównującego gola, który eliminował nas z gry. I tak to nie przegrywając meczu nie wyszliśmy z grupy.

Pozostały nam rozgrywki mieszane. Zebraliśmy  siły, mimo dwóch kontuzjowanych zawodników i pewnie ograliśmy 5:0 ekipę Kroczka Zamość. Walcząc o koronę Króla Strzelców, żeby powtórzyć ten sukces także w tym roku, musiałem zdobywać gole i zrobiłem to w tym meczu aż trzykrotnie. Najpiękniejsza była bramka na 5:0, z przewrotki, w samo okienko. Chyba jeszcze nigdy nie zdobyłem tak pięknego gola, szkoda, że nikt tego nie nagrał, mimo że wszędzie kręciła się ekipa „Teleexpressu” i TV Lubaczów. To była moja druga przewrotka w błotnych rozgrywkach – poprzednią zdobyłem rok temu, w meczu Polska-Niemcy. Jednego z tych 3 goli z Kroczkiem zamieniłbym chętnie na gola z Zawadką, który dałby nam awans.

W finale rozgrywek mieszanych wygraliśmy 2:1 z zapaśnikami i zapaśniczkami z MKS Pogoń Tyszowce i mogliśmy się cieszyć ze złota. Zdobyłem gola na 1:0, ale ten ostatni mecz kosztował mnie najwięcej wysiłku. Wytrzymałem go bez problemu kondycyjnie, ale dostałem tak strasznych skurczy, lewej i prawej nogi, że ledwie stałem na nogach. W pogoni z kolejnym tytułem króla strzelców nie schodziłem z boiska ani na chwilę w ciągu tych 4 meczów, miałem prawo się zmęczyć w takich warunkach. Ale byłem zadowolony mimo bólu – miałem złoto, jak rok temu, a w dodatku praktycznie pewną koronę króla strzelców – wywalczoną w znacznie trudniejszych warunkach niż w 2011, kiedy konkurentów było dwudziestu kilku, teraz – 150-u. Cieszyłem się, że nie odnowiła mi się żadna kontuzja, że nie złapałem nowej, że moje mięśnie wytrzymały.

Chyba dobrze się stało, że nie wyszliśmy z grupy – po rozegraniu dwóch meczów w kategorii mieszanej nie mielibyśmy kim grać – kontuzji doznało aż 3 z 8 zawodników, ja miałem potężne skurcze. Bez 4 dodatkowych ludzi na zmiany i tak ugraliśmy wystarczająco dużo. Z Bartkiem i Nazarem żadni amatorzy z Aptela nie mogliby nam podskoczyć.

W kategorii kobiecej gospodarz turnieju w meczu o pierwsze miejsce, w regulaminowym czasie nie potrafił wbić chociaż jednego gola drużynie MKS Pogoń Tyszowce. O wyniku meczu musiał rozstrzygnąć konkurs jedenastek. Konkurs, który trwał stosunkowo dość długo. Pierwotnie miały odbyć się trzy kolejki, ale żadna z zawodniczek nie potrafiła umieścić piłki w sieci, bo ta, albo padała łupem bramkarek, albo nie doleciała nawet do bramki z powodu zatrzymania w błocie. Ostatecznie „złotą bramkę”, dającą triumf BKS-owi zdobyła Sylwia Droździel. 

W kategorii męskiej niespodziewanie do finału trafili nasi pogromcy z grupy – Rakovia Zawadka, która w półfinałach pokonała drużynę z Białegostoku. Zmierzyli się tam z drużyną Aresenalu Lublin, którą łatwo ograliśmy w ubiegłym roku. Tu także potrzebny był konkurs jedenastek, który wygrali gracze Rakovii.  W meczu o trzecie miejsce Aptel zwyciężył z drużyną z Chełma.

Zatem imprezę można było uznać za bardzo udaną – zarówno pod względem sportowym – wygraliśmy 2 z 3 kategorii, ja zgarnąłem tytuł Króla Strzelców (piękna statuetka), Tomek Kawka został Najlepszym Zawodnikiem Turnieju, jak i organizacyjnym – dużo zespołów z całej Polski, dobry poziom tych drużyn, duże nagłośnienie medialne, PZPN ufundował nagrody i medale, dał swój patronat.

W ciągu roku wykonaliśmy mnóstwo roboty popularyzatorskiej i sportowej i oby tak dalej, aż do chwili, gdy piłka błotna stanie się dyscypliną olimpijską.

I love piłka błotna!

Reklama

Klub partnerski z Belgii

Park linowy

Partner wyjazdu na ME

Mistrzostwa Świata

SZKOCJA

FINLANDIA

Oficjalny przewoźnik

Polecamy

DRUK NA ODZIEŻY

Najnowsza galeria

Opinie TVK Zamość - listopad 2011
Ładowanie...

Zegar

Ankiety

Czy stworzenie błotnej drużyny na Roztoczu to dobry pomysł?

Mini-Chat

Musisz się zalogować, aby korzystać z mini-chatu.

Wyniki

Ostatnia kolejka 40
BKS Roztocze 9:3 Politechnika Opolska
Browarne Brzuszki Szczecin 0:13 BKS Roztocze
BKS Roztocze 3:2 KS Motocyklowe.pl Wyszka

Wyszukiwarka